piątek, 11 września 2026

Czy Bóg istnieje?


Nie wiem, czy Bóg istnieje. Nie wiem też, czy Jezus Chrystus był Bogiem. Nie jestem jednak ateistą, bo jestem głęboko przekonany o niezwykłej sile Ewangelii, całego Nowego Testamentu.

Jak do tego doszedłem? Przez lata czytania, rozmów i rozmyślań o faszyzmie, komunizmie, totalitaryzmach i źródłach ludzkiego zła coraz mocniej dochodziłem do przekonania, że człowieczeństwo może uratować przesłanie Jezusa Chrystusa: miłość bliźniego, miłosierdzie, przebaczenie, solidarność ze słabszym i odpowiedzialność za drugiego człowieka.

Nie potrafię powiedzieć: „wierzę, że Chrystus był Bogiem”. Potrafię jednak powiedzieć: wierzę Ewangelii.

Widzę w niej uniwersalną moralną konstytucję człowieczeństwa. Zbiór zasad, bez których wolność, demokracja i cywilizacja bardzo szybko zamieniają się w brutalną walkę człowieka z człowiekiem. W braterską wojnę. Niekoniecznie krwawą. Można przecież zabijać pogardą, kłamstwem, oszczerstwem, nienawiścią.

Niemen śpiewał, „że ktoś słowem złym zabija tak, jak nożem”. Oj, dziwny jest ten świat.

I coraz częściej pytam sam siebie: czy potrafimy jeszcze ocalić przyzwoitość?

Bo człowiek ma zadziwiający talent do deptania tych wartości, które najgłośniej wypisuje na swoich sztandarach. Można mieć Konstytucję na ustach i jednocześnie ją łamać. Można wymachiwać Dekalogiem i bez skrupułów krzywdzić drugiego człowieka. Można trzymać Ewangelię w ręku, chodzić do kościoła, klękać przed ołtarzem, a potem wyjść na ulicę i gardzić obcym, uchodźcą, słabszym, inaczej myślącym.

Można mówić o Bogu i jednocześnie zapomnieć o człowieku.

I to jest chyba największa klęska moralna naszych czasów. Nie brak nam zasad. Mamy ich aż nadto. Nie chce się nam, żeby według nich żyć.

Najbardziej boję się nie ludzi, którzy mówią: „nie wierzę”. Bardziej boję się tych, którzy są absolutnie pewni, że Bóg stoi po ich stronie — dlatego wolno im poniżać, wykluczać, osądzać i nienawidzić.

Bo zło rzadko przychodzi dziś z napisem „zło”. Najczęściej przychodzi przebrane za dobro, patriotyzm, religię, sprawiedliwość albo obronę wartości.

A Ewangelia pozostaje bezlitosnym sprawdzianem.

Nie pyta, ile razy uklęknąłeś.

Pyta, co zrobiłeś drugiemu człowiekowi. 

wtorek, 8 września 2026

Podwójna natura Trybunału Konstytucyjnego a kryzys procedury ślubowania


 

Podwójna natura Trybunału Konstytucyjnego a kryzys procedury ślubowania

Trybunał Konstytucyjny nie jest zwykłym sądem. To szczególny organ państwa, którego skład wyłaniany jest w procedurze z natury politycznej: piętnastu sędziów wybiera Sejm na dziewięcioletnie kadencje. 

Nie ma sensu zakłamywać rzeczywistości – polityka zawsze miała wpływ na to, kto zasiada w TK. Kandydatów zgłaszają posłowie, a rządząca większość wybiera prawników, którym ufa i których doktrynalne spojrzenie na ustawę zasadniczą jest jej najbliższe.

Na tym jednak mandat partii musi się definitywnie kończyć. Z chwilą wyboru sędzia przestaje być emisariuszem swojej formacji, a staje się niezawisłym arbitrem podlegającym wyłącznie Konstytucji. Określenie, że ktoś wszedł do Trybunału głosami konkretnej koalicji, nie stanowi zamachu na praworządność – to po prostu mechanizm ustrojowy. Problem i patologia zaczynają się wtedy, gdy nominat po założeniu togi nadal zachowuje się jak partyjny żołnierz.

PiS doprowadził ten mechanizm do karykatury, obsadzając Trybunał ludźmi w pełni sterowalnymi: od Krystyny Pawłowicz, odgrywającej rolę partyjnego zderzaka, przez posła Stanisława Piotrowicza – niegdyś komunistycznego prokuratora oskarżającego opozycjonistów w PRL – oraz Julię Przyłębską, określaną przez Jarosława Kaczyńskiego mianem „odkrycia towarzyskiego i kulinarnego”, aż po Bogdana Święczkowskiego, byłego polityka i zaufanego człowieka Zbigniewa Ziobry (w sprawie śmierci Barbary Blidy sejmowa komisja śledcza wnioskowała nawet o postawienie mu zarzutów karnych).

W ten sposób powstała atrapa sądu konstytucyjnego, która za rządów Kaczyńskiego legitymizowała każde bezprawie, a dziś służy prawicy do torpedowania reform i blokowania rządu. Dlatego powrót do autentycznej niezależności TK budzi po prawej stronie taki popłoch. Tu nie chodzi o personalia – jak choćby Macieja Berka, który jako doświadczony urzędnik i państwowiec ma kompetencje, by zgodnie z procedurami uporządkować ten chaos.

 Chodzi o samą zasadę: prawica boi się sądu, którego nie kontroluje.

Kolejną odsłoną tego sporu jest kryzys ustrojowy wywołany przez Pałac Prezydencki. Sejm wybrał nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego ściśle według przepisów Konstytucji. Z chwilą podjęcia uchwały przez parlament stali się oni sędziami TK – koniec, kropka. Mimo to nie orzekają, ponieważ prezydent odmawia odebrania od nich ślubowania, powołując się na przepisy ustawowe.

To fundamentalne wypaczenie prawa: rota i procedura ślubowania mają charakter uroczystej przysięgi wobec majestatu Rzeczypospolitej, a nie prezydenckiego weta kadrowego. Ustawa nie daje głowie państwa prawa do weryfikacji uchwał Sejmu ani do arbitralnego blokowania powołań. Ustawa nie pozwala mu weryfikować, sprawdzać sędziego TK.  To doprowadziłoby do zmiany konstytucji: nie "sejm wybiera Trybunał{, ale "Sejm za zgodą Prezydenta". W Konstytucji i ustawach tego nie ma. 

Prezydent, wykonując swoje konstytucyjne obowiązki, musi odebrać ślubowanie niezwłocznie.

Skutki tego prezydenckiego sabotażu są dewastujące:

  • Blokowanie sędziów: Prawidłowo wybrani sędziowie są bezprawnie pozbawiani możliwości wykonywania mandatu.

  • Wadliwość składów orzekających: Dopuszczanie do orzekania wyłącznie sędziów powołanych wcześniej, przy jednoczesnym arbitralnym blokowaniu nowo wybranych, narusza standard rzetelnego procesu konstytucyjnego.

  • Podważenie mocy orzeczeń: Rozstrzygnięcia zapadające w tak ukształtowanych składach będą obarczone wadą formalną, która uniemożliwi uznanie ich za niewzruszalne, wiążące interpretacje ustawy zasadniczej.

Trybunał może wywodzić się z politycznego wyboru, ale nie może działać pod polityczne dyktando — zwłaszcza takie, które uniemożliwia legalnie wybranym sędziom objęcie urzędu.