piątek, 11 września 2026

Czy Bóg istnieje?


Nie wiem, czy Bóg istnieje. Nie wiem też, czy Jezus Chrystus był Bogiem. Nie jestem jednak ateistą, bo jestem głęboko przekonany o niezwykłej sile Ewangelii, całego Nowego Testamentu.

Jak do tego doszedłem? Przez lata czytania, rozmów i rozmyślań o faszyzmie, komunizmie, totalitaryzmach i źródłach ludzkiego zła coraz mocniej dochodziłem do przekonania, że człowieczeństwo może uratować przesłanie Jezusa Chrystusa: miłość bliźniego, miłosierdzie, przebaczenie, solidarność ze słabszym i odpowiedzialność za drugiego człowieka.

Nie potrafię powiedzieć: „wierzę, że Chrystus był Bogiem”. Potrafię jednak powiedzieć: wierzę Ewangelii.

Widzę w niej uniwersalną moralną konstytucję człowieczeństwa. Zbiór zasad, bez których wolność, demokracja i cywilizacja bardzo szybko zamieniają się w brutalną walkę człowieka z człowiekiem. W braterską wojnę. Niekoniecznie krwawą. Można przecież zabijać pogardą, kłamstwem, oszczerstwem, nienawiścią.

Niemen śpiewał, „że ktoś słowem złym zabija tak, jak nożem”. Oj, dziwny jest ten świat.

I coraz częściej pytam sam siebie: czy potrafimy jeszcze ocalić przyzwoitość?

Bo człowiek ma zadziwiający talent do deptania tych wartości, które najgłośniej wypisuje na swoich sztandarach. Można mieć Konstytucję na ustach i jednocześnie ją łamać. Można wymachiwać Dekalogiem i bez skrupułów krzywdzić drugiego człowieka. Można trzymać Ewangelię w ręku, chodzić do kościoła, klękać przed ołtarzem, a potem wyjść na ulicę i gardzić obcym, uchodźcą, słabszym, inaczej myślącym.

Można mówić o Bogu i jednocześnie zapomnieć o człowieku.

I to jest chyba największa klęska moralna naszych czasów. Nie brak nam zasad. Mamy ich aż nadto. Nie chce się nam, żeby według nich żyć.

Najbardziej boję się nie ludzi, którzy mówią: „nie wierzę”. Bardziej boję się tych, którzy są absolutnie pewni, że Bóg stoi po ich stronie — dlatego wolno im poniżać, wykluczać, osądzać i nienawidzić.

Bo zło rzadko przychodzi dziś z napisem „zło”. Najczęściej przychodzi przebrane za dobro, patriotyzm, religię, sprawiedliwość albo obronę wartości.

A Ewangelia pozostaje bezlitosnym sprawdzianem.

Nie pyta, ile razy uklęknąłeś.

Pyta, co zrobiłeś drugiemu człowiekowi. 

wtorek, 8 września 2026

Podwójna natura Trybunału Konstytucyjnego a kryzys procedury ślubowania


 

Podwójna natura Trybunału Konstytucyjnego a kryzys procedury ślubowania

Trybunał Konstytucyjny nie jest zwykłym sądem. To szczególny organ państwa, którego skład wyłaniany jest w procedurze z natury politycznej: piętnastu sędziów wybiera Sejm na dziewięcioletnie kadencje. 

Nie ma sensu zakłamywać rzeczywistości – polityka zawsze miała wpływ na to, kto zasiada w TK. Kandydatów zgłaszają posłowie, a rządząca większość wybiera prawników, którym ufa i których doktrynalne spojrzenie na ustawę zasadniczą jest jej najbliższe.

Na tym jednak mandat partii musi się definitywnie kończyć. Z chwilą wyboru sędzia przestaje być emisariuszem swojej formacji, a staje się niezawisłym arbitrem podlegającym wyłącznie Konstytucji. Określenie, że ktoś wszedł do Trybunału głosami konkretnej koalicji, nie stanowi zamachu na praworządność – to po prostu mechanizm ustrojowy. Problem i patologia zaczynają się wtedy, gdy nominat po założeniu togi nadal zachowuje się jak partyjny żołnierz.

PiS doprowadził ten mechanizm do karykatury, obsadzając Trybunał ludźmi w pełni sterowalnymi: od Krystyny Pawłowicz, odgrywającej rolę partyjnego zderzaka, przez posła Stanisława Piotrowicza – niegdyś komunistycznego prokuratora oskarżającego opozycjonistów w PRL – oraz Julię Przyłębską, określaną przez Jarosława Kaczyńskiego mianem „odkrycia towarzyskiego i kulinarnego”, aż po Bogdana Święczkowskiego, byłego polityka i zaufanego człowieka Zbigniewa Ziobry (w sprawie śmierci Barbary Blidy sejmowa komisja śledcza wnioskowała nawet o postawienie mu zarzutów karnych).

W ten sposób powstała atrapa sądu konstytucyjnego, która za rządów Kaczyńskiego legitymizowała każde bezprawie, a dziś służy prawicy do torpedowania reform i blokowania rządu. Dlatego powrót do autentycznej niezależności TK budzi po prawej stronie taki popłoch. Tu nie chodzi o personalia – jak choćby Macieja Berka, który jako doświadczony urzędnik i państwowiec ma kompetencje, by zgodnie z procedurami uporządkować ten chaos.

 Chodzi o samą zasadę: prawica boi się sądu, którego nie kontroluje.

Kolejną odsłoną tego sporu jest kryzys ustrojowy wywołany przez Pałac Prezydencki. Sejm wybrał nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego ściśle według przepisów Konstytucji. Z chwilą podjęcia uchwały przez parlament stali się oni sędziami TK – koniec, kropka. Mimo to nie orzekają, ponieważ prezydent odmawia odebrania od nich ślubowania, powołując się na przepisy ustawowe.

To fundamentalne wypaczenie prawa: rota i procedura ślubowania mają charakter uroczystej przysięgi wobec majestatu Rzeczypospolitej, a nie prezydenckiego weta kadrowego. Ustawa nie daje głowie państwa prawa do weryfikacji uchwał Sejmu ani do arbitralnego blokowania powołań. Ustawa nie pozwala mu weryfikować, sprawdzać sędziego TK.  To doprowadziłoby do zmiany konstytucji: nie "sejm wybiera Trybunał{, ale "Sejm za zgodą Prezydenta". W Konstytucji i ustawach tego nie ma. 

Prezydent, wykonując swoje konstytucyjne obowiązki, musi odebrać ślubowanie niezwłocznie.

Skutki tego prezydenckiego sabotażu są dewastujące:

  • Blokowanie sędziów: Prawidłowo wybrani sędziowie są bezprawnie pozbawiani możliwości wykonywania mandatu.

  • Wadliwość składów orzekających: Dopuszczanie do orzekania wyłącznie sędziów powołanych wcześniej, przy jednoczesnym arbitralnym blokowaniu nowo wybranych, narusza standard rzetelnego procesu konstytucyjnego.

  • Podważenie mocy orzeczeń: Rozstrzygnięcia zapadające w tak ukształtowanych składach będą obarczone wadą formalną, która uniemożliwi uznanie ich za niewzruszalne, wiążące interpretacje ustawy zasadniczej.

Trybunał może wywodzić się z politycznego wyboru, ale nie może działać pod polityczne dyktando — zwłaszcza takie, które uniemożliwia legalnie wybranym sędziom objęcie urzędu.

środa, 12 sierpnia 2026

Wirus malkontenctwa: dlaczego fakty przegrywają z poczuciem krzywdy?


 

Wirus malkontenctwa: dlaczego fakty przegrywają z poczuciem krzywdy?

 

Polacy mają niezwykły talent: potrafią żyć coraz lepiej i jednocześnie z rosnącym przekonaniem opowiadać, że żyje im się coraz gorzej.

 

Możesz pokazać liczby. Dochody. Siłę nabywczą. PKB. Długość życia. Samochody. Mieszkania. Wakacje. Pełne sklepy.

 

Nie ma znaczenia.

 

Bo przeciwko całemu Eurostatowi wystarczy jeden szwagier przy grillu, który po trzecim piwie oznajmi:

 

„Panie, kiedyś to się żyło!”

 

I dyskusja zakończona.

 

A już prawdziwy dramat zaczyna się wtedy, gdy sąsiad kupi lepszy samochód, wyremontuje dom albo pojedzie na wakacje dalej niż my.

 

Bo dla wielu ludzi dobrobyt nie polega na tym, że mnie jest lepiej.

 

Dobrobyt polega na tym, żeby sąsiadowi przypadkiem nie było lepiej ode mnie.

 

Benzyna drożeje? Wiadomo: „wina Tuska”

 

Najprostszy przykład: paliwo

.

Benzyna 95 drożeje w kilka miesięcy o 28%.

 

Polak nawet nie musi sprawdzać, co się wydarzyło na światowych rynkach.

 

On już wie.

 

„Wina Tuska”.

 

Nie OPEC.

 

Nie wojna.

 

Nie ropa.

 

Nie dolar.

 

Nie światowy popyt.

 

Nie geopolityka.

 

Tusk.

 

Najwyraźniej premier Polski wstaje rano, pije kawę, po czym dzwoni do Nowego Jorku i mówi:

 

— Panowie, podnieście dziś WTI, bo Kowalski z Radomia za tanio tankuje.

 

Fakt, że w tym samym czasie światowa cena ropy WTI wzrosła o 32%, jest już informacją zdecydowanie zbyt skomplikowaną. Wymagałaby bowiem rzeczy wyjątkowo niepopularnej:

 

chwili zastanowienia.

 

A przecież znacznie prościej napisać na Facebooku:

 

„Tusk obiecał paliwo po 5,19!”

 

I człowiek od razu czuje się ekspertem od światowego rynku surowców.

 

Oczywiście państwo mogłoby obniżyć cenę paliwa. Dopłacić.

 

Tylko jest jeden drobiazg, którego populiści wyjątkowo nie lubią:

 

państwo nie ma żadnych własnych pieniędzy.

 

Ma nasze.

 

Więc komu zabieramy?

 

Szkołom?

 

Szpitalom?

 

Wojsku?

 

Emerytom?

 

A może podnosimy podatki wszystkim, żeby kierowcy było milej przy dystrybutorze?

 

Tutaj zwykle kończy się ekonomia Facebooka.

 

Bo „niech rząd obniży” brzmi znakomicie.

 

Pytanie „z czego?” jest już bezczelnością.

 

Polska w Unii: katastrofa, która podejrzanie przypomina sukces

 

Jeszcze piękniejszym przykładem malkontenctwa narodowego jest Unia Europejska.

 

Polska weszła do UE w 2004 roku.

 

Od tego czasu realny dochód - uwzględniający inflację - gospodarstw domowych na mieszkańca wzrósł o około 91%.

 

PKB na mieszkańca według siły nabywczej wzrósł z około 51% średniej unijnej do około 85%.

 

Czyli przez dwie dekady wykonaliśmy gigantyczny skok gospodarczy i cywilizacyjny.

 

Ale spróbuj powiedzieć o tym komuś, kto właśnie przeczytał mema:

 

„Bruksela nas okrada”.

 

Nie masz szans.

 

Możesz przynieść Eurostat.

 

Możesz przynieść GUS.

 

Możesz przynieść kalkulator.

 

Możesz nawet przynieść profesora ekonomii.

 

Mem wygra.

 

Bo mem jest prosty, a rzeczywistość ma tę paskudną wadę, że bywa skomplikowana.

 

Mamy lepsze drogi, lepsze samochody, większe mieszkania, wyższe dochody, możliwość pracy i podróżowania po Europie oraz poziom życia, o którym pokolenie naszych rodziców mogło tylko marzyć.

 

Ale benzyna podrożała i nagle cały awans cywilizacyjny Polski zostaje unieważniony.

 

„Kiedyś było lepiej”.

 

A po chwili:

 

„Za komuny było lepiej”.

 

Tak. Szczególnie cudownie było stać kilka godzin w kolejce po papier toaletowy.

 

Ale był tani.

 

Jak był.

 

Bieda porównawcza, czyli tragedia polskiego SUV-a

 

Najciekawsze jest jednak coś innego.

 

Populizm wcale nie potrzebuje prawdziwej biedy.

 

Wystarczy poczucie biedy.

 

A jeszcze lepiej — poczucie, że ktoś ma więcej.

 

Wczoraj człowiek marzył o maluchu.

 

Dzisiaj ma dwa samochody i jest nieszczęśliwy, bo sąsiad kupił SUV-a.

 

Wczoraj wakacje oznaczały namiot nad jeziorem.

 

Dzisiaj leci do Grecji i wraca rozczarowany, bo znajomi byli na Malediwach.

 

Wczoraj mięso było raz na tydzień. 

 

Dzisiaj człowiek stoi przed trzydziestometrową ladą w supermarkecie i narzeka, że polędwica wołowa kosztuje za dużo.

 

To nie jest bieda.

 

To jest bieda porównawcza.

 

Nie boli mnie, że mam mało.

 

Boli mnie, że sąsiad ma więcej.

 

A z takiego bólu można już zbudować całkiem pokaźny wynik wyborczy.

 

Populista potrzebuje tylko palca

 

Populista ma więc zadanie banalnie proste.

 

Nie musi tłumaczyć gospodarki.

 

Nie musi znać ekonomii.

 

Nie musi pokazywać wykresów.

 

Nie musi rozumieć kursów walut, cen surowców, demografii, produktywności ani kosztów energii.

 

Musi mieć tylko sprawny palec wskazujący.

 

I pokazać nim winnego.

 

Bruksela.

 

Niemiec.

 

Ukrainiec.

 

Imigrant.

 

Tusk.

 

Bankier.

 

Elity.

 

„Oni”.

 

A potem powiedzieć:

 

„To przez nich masz za mało”.

 

"To przez wroga"

 

I już.

 

Program gospodarczy gotowy.

 

Bo najskuteczniejszy populista nie mówi człowiekowi:

 

„Świat jest skomplikowany, spróbujmy go zrozumieć”.

 

Mówi:

 

„Jesteś ofiarą. Zostałeś okradziony. Wiem przez kogo”

 

To jest polityczny narkotyk.

 

Daje natychmiastową ulgę.

 

Nie trzeba się zastanawiać nad własnymi wyborami, gospodarką, demografią, wojną, globalizacją czy cenami surowców.

 

Ktoś jest winny.

 

I najlepiej, żeby był obcy.

 

Dlatego populizm ma przed sobą świetlaną przyszłość

 

Mogę się założyć, że partie populistyczne i nacjonalistyczne bez większego problemu przekonają sporą część Polaków, że Unia Europejska jest źródłem naszego nieszczęścia — nawet jeśli właśnie podczas członkostwa w niej Polska dokonała jednego z największych skoków gospodarczych w swojej historii.

 

Bo dane mają jedną zasadniczą wadę:

 

nie można się na nie obrazić.

 

A wróg jest znacznie wygodniejszy.

 

Wróg wszystko tłumaczy.

 

Wróg nie wymaga wiedzy.

 

Wróg zwalnia z myślenia.

 

Wróg pozwala człowiekowi powiedzieć:

 

„To nie ja. To oni”.

 

Największym przeciwnikiem populisty jest człowiek, który zanim się oburzy, sprawdzi liczby.

 

Niestety taki wyborca jest dla populisty wyjątkowo niebezpieczny.

 

Myśli.

wtorek, 11 sierpnia 2026

Autokracja nie zaczyna się od likwidacji wyborów. Zaczyna się od przekonania ludzi, że kolejne wybory nie są już potrzebne.


 

Autokracja nie zaczyna się od likwidacji wyborów. Zaczyna się od przekonania ludzi, że kolejne wybory nie są już potrzebne.

 

Autokraci, gdy dochodzą do władzy, bardzo szybko zaczynają traktować demokrację jak drabinę: weszli po niej na szczyt, więc można ją odrzucić.

 

Przecież „naród wybrał”. Przecież „dał mandat do zmian”. Skoro więc poprzednicy byli źli, skorumpowani, zdradzieccy albo wręcz wrodzy narodowi, to po co pozwalać im kiedyś wrócić do władzy?

 

Najpierw ogranicza się samorządność i niezależność instytucji. Potem podporządkowuje media, sądy, prokuraturę i służby. Opozycję przedstawia się jako zagrożenie dla państwa. Następnie można ją eliminować politycznie, prawnie, ekonomicznie, a w najbardziej skrajnych systemach — również fizycznie.

Historia zna ten mechanizm doskonale. Najbardziej oczywistym przykładem pozostaje Hitler.

 

Ale hitleryzm w Polsce?

 

Nie o to chodzi, że jutro pojawi się drugi Hitler. Chodzi o coś znacznie bardziej banalnego i przez to groźnego: ludzie o autorytarnych skłonnościach istnieją w każdym społeczeństwie. Także w Polsce.

 

Są politycy, dla których władza nie jest narzędziem służenia państwu, lecz celem samym w sobie. Są gotowi zdobywać ją kosztem podziału społeczeństwa, nienawiści i pogardy.

 

Mechanizm jest prosty.

 

Trzeba przekonać jedną połowę narodu, że druga połowa nie jest już politycznym przeciwnikiem, lecz wrogiem. Że żyje jej kosztem. Że chce ją oszukać, okraść, upokorzyć albo zniszczyć.

 

A następnie wskazać jeszcze większych wrogów, z którymi ta „zdradziecka połowa” rzekomo współpracuje: Niemców, Żydów, Ukraińców, osoby LGBT, Unię Europejską — kogokolwiek, kto w danym momencie najlepiej nadaje się do roli straszaka.

 

Od tego zaczyna się polityka nienawiści: nie od czołgów na ulicach, lecz od języka.

 

Od przekonywania Polaka, że drugi Polak jest jego śmiertelnym wrogiem.

 

I właśnie dlatego obrzucanie błotem połowy własnego narodu jest czymś więcej niż polityczną podłością.

 

Jest narodowym samobójstwem.

 

Bo naród, który nauczy się nienawidzić samego siebie, nie potrzebuje już wrogów zewnętrznych.

środa, 29 lipca 2026

Putin nie zacznie negocjować tylko dlatego, że Rosji brakuje paliwa,


 

Putin nie zacznie negocjować tylko dlatego, że Rosji brakuje paliwa,

 

Ukraińskie drony docierają coraz głębiej w głąb Rosji. Uderzyły już w dziewięć z dziesięciu największych rosyjskich rafinerii. Część instalacji została wyłączona, a w wielu regionach pojawiły się niedobory paliwa. Rosja ograniczyła jego eksport, a nawet zaczęła sprowadzać produkty naftowe z zagranicy.

 

Na Zachodzie słychać więc głosy, że Putin zostanie zmuszony do rozpoczęcia rozmów pokojowych.

 

Tak może myśleć demokrata, który zapomniał, że dyktatura nie działa według zasad demokracji.

 

Wojną Putina rządzi nie kalkulacja militarna, lecz przede wszystkim logika przetrwania reżimu.

Dyktator utrzymuje władzę tak długo, jak długo otaczające go elity wierzą, że może zagwarantować im

  •  udział we władzy
  •  pieniądze
  •  bezkarność i bezpieczeństwo

Gdy ta wiara zostaje zachwiana, elity mogą zwrócić się przeciwko przywódcy.

 

Brak zwycięstwa nad Ukrainą osłabia Putina. Jednocześnie jednak rozpoczęcie negocjacji i zaakceptowanie kompromisu mogłoby zostać odebrane przez aparat bezpieczeństwa, wojsko i polityczne zaplecze Kremla jako przyznanie się do porażki.

A w dyktaturze okazanie słabości może być początkiem końca przywódcy. I to biologiczna.

 

Putin może więc uznać, że eskalacja jest dla niego bezpieczniejsza niż kompromis. Dlatego w najbliższym czasie bardziej prawdopodobne są kolejne brutalne ataki na ukraińskie miasta oraz nasilenie wojny hybrydowej przeciwko Europie: cyberataków, sabotażu, dezinformacji i prób destabilizacji państw wspierających Ukrainę.

 

Takie działania mają nie tylko zastraszyć Ukrainę i Zachód. Mają również przekonać rosyjskie elity, że Putin nadal kontroluje sytuację i tylko on może zagwarantować im przetrwanie.

 

Dlatego strategicznym zadaniem Zachodu nie może być samo czekanie, aż Putin „dojrzeje do pokoju”. Trzeba równocześnie osłabiać najważniejsze filary jego reżimu: zdolność prowadzenia wojny, dochody ze sprzedaży surowców, przemysł zbrojeniowy, dostęp do zachodnich technologii oraz przekonanie elit, że Rosja może tę wojnę wygrać.

 

Ukraina będzie musiała wytrzymać kolejną fazę agresji. Zachód musi jej zapewnić obronę przeciwlotniczą, broń dalekiego zasięgu, pieniądze i polityczną konsekwencję.

 

Realne negocjacje rozpoczną się nie wtedy, gdy Putin uzna, że wojna jest kosztowna. Dyktatorzy potrafią przerzucać koszty na społeczeństwo przez wiele lat.

 

Rozmowy staną się możliwe dopiero wtedy, gdy ludzie utrzymujący Putina przy władzy uznają, że dalsze prowadzenie wojny zagraża ich władzy, majątkom i bezpieczeństwu bardziej niż kompromis.

wtorek, 28 lipca 2026

Wraca afera Epsteina. Polska sięga po francuskie akta


 

Wraca afera Epsteina. Polska sięga po francuskie akta

Polscy prokuratorzy skierowali do Francji europejski nakaz dochodzeniowy. Chcą uzyskać dokumentację i dowody zgromadzone podczas francuskiego śledztwa dotyczącego Jeana-Luca Brunela oraz innych osób współpracujących z nim i Jeffreyem Epsteinem.

 

W ubiegłym miesiącu polscy i francuscy śledczy spotkali się w siedzibie Eurojustu. Polski wniosek został już częściowo zrealizowany.

 

Brunel, wpływowy agent modelek oskarżany o dostarczanie Epsteinowi młodych kobiet, zmarł w 2022 roku we francuskim więzieniu. Znaleziono go powieszonego w celi, a jego śmierć uznano za samobójstwo. Do procesu nigdy więc nie doszło.

 

Teraz zmarła kolejna osoba łączona z otoczeniem Epsteina.

Daniel Siad, 69-letni łowca modelek, został znaleziony 20 lipca w swoim domu w Colombes pod Paryżem. Jego nazwisko pojawiało się niemal dwa tysiące razy w ujawnionych aktach Epsteina. Siada podejrzewano o wyszukiwanie kobiet i dziewcząt pod pretekstem oferowania im pracy w modelingu. On sam zaprzeczał oskarżeniom i twierdził, że jego kontakty z Epsteinem miały wyłącznie zawodowy charakter.

Sekcja zwłok nie wykazała śladów przemocy. Bezpośrednia przyczyna śmierci nadal nie została jednak ustalona — trwają badania toksykologiczne i patologiczne.

 

Kolejne zgony osób związanych ze sprawą Epsteina na razie nie są dowodem żadnego spisku, ale nieuchronnie rodzą pytania.

 

Tym bardziej potrzebne są dokumenty, międzynarodowa współpraca prokuratur oraz dokładne wyjaśnienie, kto pomagał Epsteinowi, kto czerpał korzyści z jego działalności i dlaczego przez tyle lat tak wielu wpływowych ludzi pozostawało poza zasięgiem wymiaru sprawiedliwości

Dług publiczny państw UE na koniec I kwartału 2026


 

Dług publiczny państw UE na koniec I kwartału 2026

Według najnowszych, wstępnych danych Eurostatu dług sektora instytucji rządowych i samorządowych wynosił:

  • 82,9% PKB w całej Unii Europejskiej,
  • 88,9% PKB w strefie euro.

W ciągu roku wskaźnik dla UE wzrósł z 81,4% do 82,9% PKB.

Miejsce

Państwo

Dług w % PKB

1

Grecja

143,5%

2

Włochy

138,9%

3

Francja

117,6%

4

Belgia

109,1%

5

Hiszpania

101,6%

6

Portugalia

91,0%

7

Finlandia

89,7%

8

Austria

83,3%

9

Węgry

77,7%

10

Słowenia

64,8%

11

Niemcy

64,4%

12

Słowacja

62,5%

13

Polska

61,6%

14

Rumunia

60,1%

15

Chorwacja

58,4%

16

Cypr

54,6%

17

Łotwa

46,9%

18

Malta

45,9%

19

Czechy

44,1%

20

Niderlandy

43,8%

21

Litwa

42,3%

22

Irlandia

37,0%

23

Szwecja

34,9%

24

Luksemburg

29,2%

25

Bułgaria

28,5%

26

Dania

26,8%

27

Estonia

25,2%

 

Polska

Polski dług według unijnej metodologii wynosił 2 biliony 444,3 miliarda złotych, czyli 61,6% PKB. Był to:

  • wzrost o 1,9 punktu procentowego względem końca 2025 roku,
  • wzrost o 4,5 punktu procentowego w porównaniu z I kwartałem 2025 roku — jeden z największych wzrostów w UE.

Chodzi o dług liczony według unijnej definicji z Maastricht. Nie należy go bezpośrednio utożsamiać z polskim państwowym długiem publicznym, stosowanym przy konstytucyjnym limicie 60% PKB, ponieważ obie metodologie różnią się zakresem