Komisja Europejska zapowiada, że na szczycie Unii Europejskiej w marcu 2026 roku przedstawi plan „Jedna Europa, jeden rynek”, oparty na zasadzie „Kupuj europejskie”. Hasło brzmi dumnie. Politycznie sprzedaje się jeszcze lepiej. W praktyce jednak może okazać się projektem znacznie bardziej problematycznym niż sugerują jego autorzy.
Idea jest prosta: pieniądze europejskich podatników mają wspierać wyłącznie europejski przemysł. Brzmi atrakcyjnie — zwłaszcza w czasach geopolitycznych napięć. Problem w tym, że rzeczywistość gospodarcza jest bardziej skomplikowana niż polityczne slogany.
Ale to się nie uda.
Po pierwsze, Unia Europejska to nie USA, to nie jedno państwo z jednolitą strategią gospodarczą, lecz 27 krajów o różnych interesach, strukturach przemysłu i kierunkach handlu. Niemcy są silnie powiązane z rynkami globalnymi, kraje Europy Środkowej funkcjonują w oparciu o międzynarodowe łańcuchy dostaw, a państwa południa mają zupełnie inne priorytety. Mówienie o jednolitej, twardej zasadzie „kupuj europejskie” ignoruje tę fundamentalną różnorodność.
Po drugie, UE jest stroną umów o wolnym handlu i członkiem Światowa Organizacja Handlu. Wprowadzanie szerokich preferencji zakupowych kosztem podmiotów spoza UE może oznaczać naruszenie zobowiązań międzynarodowych i otwarcie drogi do retorsji handlowych. W globalnej gospodarce protekcjonizm rzadko bywa jednostronny — zwykle uruchamia spiralę odwetu.
Tylko pierdolnięty Trump mógł się obudzić 22.01.2025 i wystąpić z WHO. Organizacji , którą USA założyło w 1948 i wszystko do nastania Trumpa działało.
USA już się przekonują, że decyzje podejmowane pod wpływem politycznego impulsu mogą przynieść długofalowe konsekwencje, których koszt ponoszą później gospodarka i obywatele.
Po trzecie, od początku integracji europejskiej fundamentem wspólnego rynku był wolny przepływ towarów i otwartość handlowa. To dzięki nim europejskie firmy mogły budować skalę, konkurencyjność i globalną obecność. Radykalne odejście od tej filozofii oznaczałoby nie tylko zmianę narzędzi, lecz zmianę całego modelu rozwoju.
Po czwarte, przez dekady otwartej polityki gospodarczej Europa zrezygnowała z części produkcji półproduktów i komponentów, przenosząc je do krajów o niższych kosztach. Dziś w wielu sektorach UE nie posiada kompletnych łańcuchów dostaw ani wystarczających mocy produkcyjnych, by z dnia na dzień stać się samowystarczalną.
Wprowadzenie ogólnej zasady „kupuj europejskie” bez okresu przejściowego i bez odbudowy zaplecza przemysłowego oznaczałoby jedno: wyższe koszty dla firm, mniejszą konkurencyjność eksportową i — ostatecznie — wyższe ceny dla konsumentów. Hasła o suwerenności gospodarczej nie zastąpią fabryk, technologii i kadr.
Wzmacnianie europejskiego przemysłu jest potrzebne. Ale jeśli plan ma polegać na administracyjnym zamykaniu rynku zamiast na inwestycjach w innowacje, energetykę i konkurencyjność kosztową, to może się okazać, że „Jedna Europa, jeden rynek” stanie się projektem bardziej politycznym niż gospodarczym — i bardziej kosztownym, niż dziś się zakłada.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz