wtorek, 31 marca 2026

Liberalni i umiarkowani kontra agresywni, chamscy i radykałami

To żadna tajemnica: formacje liberalne i umiarkowane przegrywają z agresywnymi radykałami nie dlatego, że brakuje im racji, ale dlatego, że grają według zasad, których tamci w ogóle nie uznają. Radykałowie nie mają hamulców — ani mentalnych, ani językowych, ani ideologicznych, ani kulturowych. Mówią i robią rzeczy, które dla drugiej strony są nie do pomyślenia, a przez to skutecznie narzucają reguły gry.

Demokracja musi w końcu przestać udawać, że to równa rywalizacja, i zadać sobie poważne pytanie: czy liberalizm nie powinien bronić się dostosowując do chamstwa radykalnej prawicy? 


poniedziałek, 30 marca 2026

To już nie jest mój świat


 

To już nie jest mój świat

To nie jest świat, w którym dorastałem. Zniknęła rzeczywistość, w której ludzie operowali faktami, używali logicznej analizy i potrafili się spierać na argumenty. Dziś merytoryczna dyskusja to gatunek wymarły. Liczą się tylko emocje, narzucone poglądy, autorytet "guru" i algorytmy mediów społecznościowych.

Opanowanie internetu przez te algorytmy — a de facto przez właścicieli platform — zakończyło epokę, w której to nasz umysł decydował, co jest prawdą, a co kompletnym idiotyzmem. Kiedyś analizowaliśmy fakty i wyciągaliśmy wnioski. Dzisiaj technologia, na podstawie jednego kliknięcia czy wpisu, zamyka nas w szczelnej bańce. Wszystko, co znajduje się poza nią, staje się dla nas niewidoczne lub wrogie.

W tym nowym porządku nie liczy się prawdziwość czy sens informacji. Liczy się to, kto ją przekazał. Braun? Kaczyński? Bosak? Mentzen? Wyznawców kompletnie nie interesuje rzeczywistość. "Liberalizm naukowy" nie ma szans, bo brakuje mu interlokutora. To jak próba przekonania głęboko wierzącego, że chodzenie po wodzie jest fizycznie niemożliwe. "Chodził i co mi tu dupę zawracasz" — to jedyna odpowiedź, na jaką można liczyć.

Z życia wzięte: Trzy lekcje zderzenia ze ścianą

1. Logika geograficzna według PiS Politycy PiS grzmią, że rząd nie ma prawa zaciągać zagranicznych pożyczek bez zgody prezydenta. Gdy zapytano posła Jarosława Selina, na jakiej zasadzie minister Błaszczak zaciągnął w Korei Południowej miliardowe kredyty, usłyszeliśmy, że to nie były pożyczki "zagraniczne".
Czy on jest idiotą? Nie. On po prostu wie, że jego bańka przyjmie każdą bzdurę. Skoro partia mówi, że kredyt w Seulu jest kredytem krajowym, to temat jest zamknięty.

2. Pamięć wybiórcza Zapytałem przyjaciela, posła PiS, czy wie, kto we wrześniu 2025 roku pisał na platformie X o programie SAFE jako "szansie na rozwój Sił Zbrojnych" i przestrzegał przed marnowaniem tych środków. Wiedział doskonale, że to słowa Błaszczaka. Nie próbował jednak niczego tłumaczyć. Po prostu "wysłał mnie na drzewo".

3. Arytmetyka kontra ideologia Podjąłem jeszcze jedną próbę merytorycznej dyskusji o kosztach długu. Proste zestawienie:

  • Kredyt w Korei: 76 mld zł, oprocentowanie 6% na 20 lat. Koszt całkowity: ok. 130,7 mld zł (same odsetki to blisko 55 mld).

  • Kredyt w EBC (warunki SAFE): Odsetki wyniosłyby ok. 25 mld zł. Różnica? 20 miliardów złotych, które zostają w kieszeni polskiego obywatela.

To nie jest wielka polityka, to arytmetyka z poziomu podstawówki. Reakcja? 

"Spierdalaj". 

Mój rozmówca wiedział, że mam rację. Wiedział, że jedna transza z Korei jest dwa razy droższa niż alternatywa. Ale fakty nie mają znaczenia. Jeśli jesteś w bańce, nie dyskutujesz. Jest tak, jak mówi lider. Kropka.

Stajemy się stadem baranów, które potulnie maszeruje za pasterzem. Najgorzej mają ci, którzy nie należą do żadnego obozu. Oni przegrywają najszybciej.


4.  Analiza ekonomiczna: Dlaczego SAFE to inwestycja, a nie tylko dług?

Póki istnieją jeszcze wolne umysły, warto pochylić się nad chłodną analizą. Program SAFE nie musi być obciążeniem dla finansów publicznych. Kluczem jest zrozumienie, że to kredyt inwestycyjny, a nie konsumpcyjny.

Mechanizm dźwigni Wyobraźmy sobie przedsiębiorcę biorącego 50 mln zł kredytu na park maszynowy. Dzięki temu produkuje milion łopat, sprzedaje je po 100 sł., spłaca dług, podatki i zostaje z czystym zarobkiem. W skali państwa działa to identycznie: kapitał generuje wartość dodaną, miejsca pracy i wpływy do budżetu, które docelowo przewyższają koszt obsługi długu.

Realny koszt pieniądza w czasie Analizując kredyt SAFE, musimy wziąć pod uwagę trzy zmienne:

  1. Nominalny koszt obsługi (odsetki).

  2. Spadek wartości pieniądza: Realna wartość długu drastycznie maleje na przestrzeni dekad.

  3. Stopa zwrotu: Wpływy z nowoczesnej infrastruktury czy energetyki.

Potęga inflacji i wzrostu aktywów Często zapominamy o skali zmiany siły nabywczej. 1 miliard złotych spłacany w 2071 roku będzie wart ułamek tego, co ten sam miliard dzisiaj. Najlepiej widać to na rynku nieruchomości:

  • 1995 r.: Mieszkanie 50 m² w Poznaniu kosztowało ok. 50–70 tys. zł.

  • 2025 r.: To samo mieszkanie to koszt rzędu 600–800 tys. zł.

Jeśli potraktujemy kredyt jako narzędzie do nabycia aktywów, które zyskują na wartości (lub generują dochód), okaże się, że realny dług "rozpuszcza się" w czasie dzięki wzrostowi gospodarczemu. Szkoda tylko, że w dzisiejszym świecie takie argumenty przegrywają z partyjnym przekazem dnia.

Jak mają reagować europejscy przywódcy na coraz bardziej nieprzewidywalne działania Trumpa?


Nie trzeba być ekspertem, by wiedzieć, że Europa bez USA jest praktycznie bezbronna – i to nie tylko z własnej winy. Po utworzeniu NATO kraje europejskie sprawiały wrażenie, że się zbroją, a USA udawały, że tej pozoracji nie dostrzegają.

Powinniśmy podziękować Trumpowi za to, że wymusił na Europie działania nad samodzielnością w zakresie obrony własnego terytorium. To jedyny  pozytywny efekt jego polityki.

Pozostaje jednak pytanie: jak europejscy przywódcy powinni reagować na coraz bardziej nieprzewidywalne działania Trumpa?

Populiści nie mają z tym problemu – bezkrytycznie siedzą w dupie Trumpa i czują się w tej roli komfortowo. Gdy Trump zasugerował, że program SAFE mógłby ograniczyć polskie wydatki obronne w USA, Karol Nawrocki niemal natychmiast zawetował ustawę zwiększającą bezpieczeństwo Polski.

Ale co powinni zrobić niezależni europejscy liderzy?

Mimo rosnących wyzwań wynikających ze stylu polityki Trumpa, europejscy politycy w dużej mierze pozostają od niego uzależnieni i nie mają wyjścia, muszą trwać wiernie przy Trumpie. Sami doprowadzili do tego stanu.

Jeśli chcą zachować twarz, mogą ograniczyć się do powściągliwości – Trump jest łasy na pochlebstwa, ale niekoniecznie będzie reagował agresją na ich brak. 

Chyba.

niedziela, 29 marca 2026

Wolność musi być zakorzeniona w dobru — inaczej rodzi zło.







Radość z nominacji kardynałów Grzegorza Rysia i Konrada Krajewskiego na chwilę uciszyła przekorę i szyderę, które zwykle we mnie mieszkają. Bo pojawiła się nadzieja, że kryzys katolicyzmu w Polsce, wykrakany przez ks. prof. Józefa Tischnera, może dobiega końca.

Po upadku komunizmu Tischner zauważył, że chrześcijaństwo coraz silniej ulega pokusie upolitycznienia. Opisywał zarówno uwodzenie Kościoła przez politykę, jak i jego coraz bardziej ostentacyjne wchodzenie w polityczne układy.

W ten sposób chrześcijaństwo zaczęło redukować się do roli siły politycznej.

Korzystanie z władzy — i sięganie po nią — rodziło poczucie siły. Tadeusz Rydzyk niemal urastał do rangi bóstwa, a liczba jego akolitów rosła.

Tischner pisał wprost: była to opcja duszpasterska, która przyspieszała sekularyzację w Polsce.

Dechrystianizacja, której próbowano przeciwdziałać poprzez polityczną walkę z liberalizmem, tylko się pogłębiała. Ewangelia dobra i wolności przestawała docierać do społeczeństwa.

A przecież Tischner twierdził, że liberalizm i katolicyzm nie są sobie wrogie — przeciwnie, muszą się uzupełniać:

  • liberalizm: wolność, prawa człowieka, autonomia
  • katolicyzm: istnienie obiektywnej prawdy moralnej

Można to streścić jednym zdaniem:
wolność musi być zakorzeniona w dobru — inaczej rodzi zło.

Tak jak kiedyś ograniczenie wolności rodziło stosy i narzędzia tortur Inkwizycji.

No dobrze… rozpędziłem się.

Jeszcze chwila i ogłoszę triumf katolicyzmu liberalnego.

Wyobraźmy sobie:

  • akceptację kapłaństwa kobiet i zniesienie obowiązkowego celibatu
  • uznanie prawa do antykoncepcji, eutanazji, rozwodu i zapłodnienia in vitro
  • odejście od uznawania aktów homoseksualnych za grzech — a w konsekwencji także akceptację małżeństw jednopłciowych

Jeszcze niedawno za takie słowa płonęłobym się na stosie.



sobota, 28 marca 2026

Zmierzch wolności w sieci: Algorytmy myślą za nas, przeprogramowują, a potem podtrzymują ten wytworzony w nas pogląd.


Zmierzch wolności w sieci: Algorytmy myślą za nas, przeprogramowują, a potem podtrzymują ten wytworzony w nas pogląd.

Era prawdziwej wolności w internecie dobiegła końca. Sieć została zawłaszczona przez gigantów technologicznych – tzw. Big Tech. Dziś wystarczy jedno kliknięcie, by algorytmy zamknęły nas w szczelnej bańce informacyjnej. Platformy filtrują naszą rzeczywistość i nas segregują; uwięzieni w cyfrowych rezerwatach, mamy dostęp wyłącznie do tych treści, na które łaskawie pozwoli nam algorytm. Reszta świata staje się dla nas niewidoczna.

Jeśli to nie ja decyduję, co chcę czytać, i nie ja oceniam, co jest mądre, a co głupie, z czym się zgadzam, a z czym nie – to o jakiej wolności mowa? Algorytmy dokonują swoistej „operacji” na naszych mózgach, formatując nasze postrzeganie rzeczywistości. 

Czy tego chcemy? Zniewolonego własnego umysłu?

Technologia w służbie ideologii

Powszechnie wiadomo, że platformy należące do Elona Muska czy Marka Zuckerberga promują prawicowe treści polaryzujące. Często obserwujemy mechanizm, w którym zasięgi wpisów skrajnych prawicowych są windowane w kosmos, podczas gdy treści wyważone, liberalne czy demokratyczne bywają systemowo ograniczane. Algorytmy sprzyjające konkretnym opcjom politycznym – co widać chociażby na przykładzie ochrony wizerunku Donalda Trumpa. Sam miałem okazję to zaobserwować.

Zapomnijmy więc o bezstronności technologii. 

Serwisy takie jak X (dawny Twitter), Instagram czy Facebook zaczynają przypominać cyfrowe ramiona komitetów wyborczych radykalnej prawicy.

Termin „liberalna demokracja” jest rugowany z przestrzeni publicznej jako zbyt atrakcyjny – zamiast tego serwuje się nam etykietę „lewactwa”, by łatwiej było budować niechęć.

Przeciwko wolnemu myśleniu staje dziś nie tylko ignorancja czy „religia stosów” – będąca synonimem bezwzględnego dogmatyzmu – ale także potężna technologia w rękach miliarderów.

Zalew sztucznej inteligencji

Do tego dochodzi fala treści generowanych przez sztuczną inteligencję. AI produkuje odpowiedzi szybciej, niż ktokolwiek zdąży zadać pytanie, zalewając sieć masową ilością przetworzonych danych. Musimy mieć świadomość, że ten cyfrowy szum nie jest przypadkowy – algorytmy promują lub blokują określone poglądy zgodnie z interesami właścicieli platform.


W tym zgiełku jedyną bronią pozostaje świadomość. Chciałbym móc za Carlem Jungiem powtarzać do końca: „Nie jestem tym, co mi się przytrafiło. Jestem tym, czym zdecydowałem się zostać”. Nawet jeśli algorytm ma na ten temat inne zdanie.



Już czas na totalną sakralizację nazwiska Kaczyńskich.



Kaczyński wie, że to jego zmierzch. Czuje na plecach oddech politycznej emerytury, dlatego wykonał ruch wyprzedzający – obrzydliwy, jak wszystkie inne w jego karierze. Wybrał Karolowi Nawrockiemu otoczenie złożone z ludzi amoralnych, cynicznych, brutalnych i zakłamanych, ale jednocześnie intelektualnie sprawnych.

Ich misja? Przekuć wszystko, co się da, w niemal religijną legendę o Kaczyńskich – taką, która przetrwa wieki. Trwałą jak chociażby legenda o królu Popielu. 

Widząc rosnący radykalizm Konfederacji i środowisk braunowskich, Kaczyński postanowił nie walczyć z falą, lecz na niej popłynąć. To ma być „teraz albo nigdy”, póki Kaczyński ma jeszcze jakąś sprawczość.

Plan jest taki. Kaczyński do Sulejówka, Karol Nawrocki zostaje polskim Trumpem – spoiwem „brunatnej koalicji” PiS-u, Konfederacji i Korony.

Cena za takie namaszczenie? Totalna sakralizacja nazwiska Kaczyńskich.

• W każdym mieście – pomnik. 

• W każdej gminie – ulica. 

• W każdej wiosce – kapliczka z krasnalami Kaczyńskich. 

Budowa kultu znaczy.


piątek, 27 marca 2026

Miałem sen o tym, że skończył się zły czas dla naszego kraju.


Miałem sen o tym jak Polacy pod kierunkiem Lecha Wałęsy odzyskali wolność dla Polski, miałem sen, że skończył się zły czas dla naszego kraju.

Solidarność między rodakami, wzajemna życzliwość oraz powszechność wartości moralnych, które przez lata sowieckiej dominacji przypominał nam Kościół. 
Nie do ruszenia.
Powstanie naszego narodu i państwowości zawdzięczamy w dużej mierze Kościołowi – i to on przez pokolenia nie pozwolił nam tej Polski odebrać.

No i się obudziłem. I co widzę? 

A mogło być tak pięknie.

Jednak osobiste ambicje Lech Wałęsa i Jarosława Kaczyńskiego wysadziły tę piękną wizję w powietrze.

Ten wybuch to był atak na  Jerzego Turowicza – jednego z najważniejszych intelektualistów katolickich XX wieku. Był on nie tylko twórcą i redaktorem „Tygodnika Powszechnego”. Przez ponad pół wieku kierował tym pismem, czyniąc z niego forum niezależnej myśli w czasach PRL. Uchodził za symbol dialogu, otwartości i etycznego dziennikarstwa.

Gdy rozpoczynała się „wojna na górze” (1990–1991), Turowicz – za namową Jana Pawła II – próbował ją powstrzymać, odwołując się do Ewangelii.

Przypominał wtedy, że:

• Kościół powinien być otwarty i dialogiczny, 

• Polska potrzebuje pojednania narodowego, a nie rewolucji.

• Tylko spokojna budowa demokracji ma sens, bo zemsta nigdy niczego nie zbudowała.

 

Wtedy jednak na Turowicza rzuciło się polskie piekło – z jednej strony Wałęsa, z drugiej Kaczyński.

Dusza polska kieruje się ku prawicy, nacjonalizmowi, rasizmowi i Kościołowi, ale rytualnemu. Ewangelia – choć wypowiadana z patosem – pozostaje powierzchowna.

Kto sądzi, że idąc coraz bardziej na prawo, służy Narodowi, ten wybiera drogę prowadzącą do jego paraliżu. Czy trzeba przypominać przedwojenny sojusz Kościoła z endecją?


Nie udało się uratować polskiej duchowości przed zakłamaniem i zdradą, przed zaślepieniem umysłu i banalnością frazesu, przed fanatyzmem i cynizmem.

Katastrofą stało się to, że miłosierdzie sprowadzono do roli listka figowego. Wypchnięto je ze świata, pogardliwie nazywając „humanitaryzmem” czy „sentymentalizmem”.

Przypisujemy sobie życzliwość z niezwykłą łatwością – nie mając ku temu podstaw. W ten sposób rozgrzeszamy się ze wszystkiego, przekonani, że mamy „serce na właściwym miejscu” i że „nie skrzywdzilibyśmy muchy”. Tymczasem często nie ponieśliśmy żadnej realnej ofiary dla drugiego człowieka.

Wystarczy, że jesteśmy szczęśliwi, by uznać się za dobrych. Znacznie trudniej byłoby nam w tych samych okolicznościach nazwać siebie ludźmi powściągliwymi, cnotliwymi czy pokornymi.



środa, 25 marca 2026

Polacy wyginą jak dinozaury?


 Polacy wyginą jak dinozaury?

Spadek dzietności w Polsce, czyli liczby dzieci przypadających na jedną kobietę, jest bardzo wyraźny.

• Polska – 1,1 

• UE – 1,4 

• Francja – 1,5 

• Szwecja – 1,6 

Przybliżony scenariusz dla Polski:

• 2025 → ok. 37–38 mln 

• 2050 → ok. 30 mln 

• 2100 → ok. 20–25 mln 

• po 2100 → dalszy spadek 

👉 Oznacza to, że w ciągu 70–80 lat populacja może spaść nawet o 1/3 do 1/2.


Czy można temu zapobiec?

• Pieniądze (np. 500+ / 800+), czyli bezpośrednie wsparcie dla rodzin, pomagają, ale same w sobie nie zwiększają znacząco liczby dzieci. 

• Żłobki i przedszkola ułatwiają łączenie pracy z wychowaniem dzieci — dobrze widać to np. w krajach skandynawskich. 

• Długie i płatne urlopy rodzicielskie zwiększają poczucie bezpieczeństwa rodziców. 

Mieszkania i stabilność — tańsze mieszkania oraz większa stabilność życiowa sprzyjają decyzji o posiadaniu dzieci.

wtorek, 24 marca 2026

Próby rusyfikacji zakończyły się fiaskiem. Kluczową rolę odegrał Kościół, który stał na straży wartości ewangelicznych i moralnego kompasu społeczeństwa.


Polska droga: Od okupacji sowieckiej do współczesnych wyzwań - dziedzictwo PRL i rola Kościoła

Choć okres PRL-u był w istocie sowiecką okupacją, naród polski wykazał się niezwykłą hartem ducha. Próby rusyfikacji zakończyły się fiaskiem, ponieważ Polacy zachowali swoją tożsamość. Kluczową rolę odegrał tu Kościół, który stał na straży wartości ewangelicznych i moralnego kompasu społeczeństwa.


Solidarność i przełom

Pod przywództwem Lecha Wałęsy – przy czym kontrowersje z jego młodości nie umniejszają jego historycznej roli – Polacy wywalczyli wolność. Wygnanie wojsk radzieckich i upadek starego systemu pozwoliły nam zacząć budowę nowej, suwerennej Ojczyzny.


Kryzys moralny w polityce

Niestety, do grona autentycznych patriotów i ludzi, którzy za Polskę cierpieli, dołączyli karierowicze. Dla wielu z nich władza stała się celem samym w sobie, wykluczającym moralność i zasady. Niepokojące jest dzisiejsze „chamienie” debaty publicznej; radykalizacja języka i postaw przypomina najmroczniejsze mechanizmy znane z systemów totalitarnych Stalina czy Hitlera.

poniedziałek, 23 marca 2026

Żydzi... Człowieczeństwo... Biblia... Ewangelia...

 



Coraz bardziej cenzurujemy Ewangelię, przyjmujemy tylko to, co nie boli, co nie wymaga wysiłku, co nie burzy naszego wygodnego życia.

A przecież to nie my mamy poprawiać Ewangelię — to ona miała przemieniać nas.

Odchodzimy od nauki Kościoła. Krok po kroku, słowo po słowie, rozmywamy to, co było jasne. Usprawiedliwiamy zło w nas, tłumaczymy się je nawet Bogiem.

Miłość bliźniego… ile razy jeszcze wypowiemy to zdanie, ale bez treści? Bo dziś zbyt często zamiast miłości pojawia się pogarda, zamiast troski — osąd, zamiast cierpliwości — gniew. I co najtrudniejsze: potrafimy to wszystko ubrać w religijne słowa, nadać temu pozór pobożności.

Zaczynamy żyć tak, jakby to Jezus się pomylił. Jakby Jego nauka to była bajka, jakby Jego wezwanie do miłości było naiwne, niepraktyczne, „nie na te czasy”.

A przecież to nie On się zmienił — to nasze serca się oddaliły.

I wtedy zostaje już tylko rytuał. Piękne słowa bez pokrycia. Gesty bez życia. Wiara bez ognia. 

Przeczytałem uważnie list Konferencji Episkopatu Polski. I zostaje we mnie niepokój. Bo to nie jest tylko tekst do przeczytania. To jest lustro. Pytanie, którego nie da się ominąć: czy jeszcze żyję Ewangelią… czy już tylko udaję, że ją znam?

————————————————————————

List Konferencji Episkopatu Polski

z okazji 40. rocznicy wizyty Jana Pawła II w rzymskiej Synagodze Większej 


Drodzy Siostry i Bracia,

w 5. Niedzielę Wielkiego Postu Ewangelia czytana w liturgii przenosi nas do Betanii. To tam, niespełna dwa tygodnie przed swoją śmiercią w Wielki Piątek, Pan Jezus – z ogromną mocą i przejrzystością – objawia nam dziś jej sens. Jezus umrze po to, aby Łazarz mógł otrzymać życie. Łazarz wychodzi z grobu, a Jezus zajmuje jego miejsce. Ewangelia opisuje grób Łazarza analogiczne do grobu Jezusa: „była to pieczara, a na niej spoczywał kamień”.

Śmierć Jezusa jest ceną życia, które wrócone jest Łazarzowi. Więcej: śmierć Jezusa jest ceną życia, które wrócone jest każdej i każdemu z nas. Ta cena mówi nam o największej miłości: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15, 13). Dlatego też ta cena kryje w sobie niezwykłą moc zobowiązania: by ją uszanować, by jej nie podeptać, by jej nie zlekceważyć! Chrystus nie zgadza się na naszą śmierć – nawet jeśli do niej dopuszcza (tak, jak dopuścił do śmierci swego przyjaciela), nie godzi się na to, byśmy w niej trwali! Taka jest dyscyplina Bożego działania i odkupienia: nasz Pan nie chroni nas magicznie od duchowej śmierci (jaką jest grzech); ile razy jednak ją wybieramy, tyle razy jest gotów nas z niej wyprowadzić. Nie godzi się na nasze trwanie w śmierci! A kto trwa śmierci? Jasnej odpowiedzi udziela nam św. Jan w swoim Pierwszym Liście: „KTO NIE MIŁUJE, TRWA W ŚMIERCI” (1 J 3, 14). Zauważmy: Słowo nie mówi tu jedynie o nienawiści. Mówi o „braku miłości”, a więc także o obojętności, bierności, braku zainteresowania, znieczulicy.

Jednym z takich śmiertelnych deficytów miłości, był (i niestety ciągle jeszcze pozostaje) ANTYSEMITYZM. Ale i z tej „śmierci” wyprowadził (i wyprowadza) nas Pan – szczególnie w ciągu ostatnich 60 lat – dzięki wydarzeniom, które czujemy się zobowiązani wszystkim nam przypomnieć.

13 kwietnia br. minie czterdzieści lat od dnia, gdy biskup Rzymu, następca św. Piotra, po raz pierwszy od czasów apostolskich przekroczył próg żydowskiego domu modlitwy. Tamtego wiosennego wieczoru, po serdecznym wzajemnym uścisku z głównym rabinem Rzymu Elio Toaffa, św. Jan Paweł II wszedł do rzymskiej synagogi w uroczystej procesji przy śpiewie psalmu 150: „Alleluja! Chwalcie Boga w Jego świątyni, chwalcie Go na firmamencie, gdzie jaśnieje moc Jego!”. „Od dawna myślałem o tej wizycie…” – wyznał papież, witając się z żydowską wspólnotą.

Tamto spotkanie czterdzieści lat temu nie byłoby możliwe, gdyby nie inne wydarzenie, którego wagę trudno dziś przecenić. Miało ono miejsce dwadzieścia lat wcześniej.

28 października 1965 r. Sobór Watykański II przyjął deklarację „Nostra aetate” („W naszych czasach”), mówiącą o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich. Znalazły się w niej słowa, które stały się punktem zwrotnym w stosunkach między Kościołem katolickim a Żydami i judaizmem. Do nich właśnie odniósł się św. Jan Paweł II w swoim przemówieniu w rzymskiej synagodze. Przypomnijmy dziś jego słowa.

„Po pierwsze, Kościół Chrystusowy odkrywa swoją więź z judaizmem, wgłębiając się we własną tajemnicę. Religia żydowska nie jest dla naszej religii zewnętrzna, lecz w pewien sposób wewnętrzna. Mamy zatem z nią relacje, jakich nie mamy z żadną inną religią. Jesteście naszymi umiłowanymi braćmi i w pewien sposób, można by powiedzieć, naszymi starszymi braćmi”.

Słychać tu echo słów apostoła Pawła z Listu do Rzymian, gdzie mowa jest o „dzikich gałązkach oliwnych”, czyli poganach, „wszczepionych w szlachetną oliwkę”, którą są Żydzi żyjący w przymierzu z Bogiem. Kościół „czerpie pokarm z korzenia tej szlachetnej oliwki”. Do Pawłowej metafory drzewa oliwnego odwoływać się będą wielokrotnie kolejni papieże, podkreślając jej aktualność. „Odkryliśmy na nowo, że naród żydowski jest dla nas wciąż świętym korzeniem, z którego wyrósł Jezus” – przypomniał papież Franciszek. A konieczność odczytywania nauki Jezusa i Jego uczniów „w perspektywie żydowskiej, w kontekście żywej tradycji Izraela” potwierdziła Stolica Apostolska.

Drugim problemem, na który zwrócił uwagę św. Jan Paweł II w czasie swego przemówienia w rzymskiej synagodze, jest obciążanie Żydów zbiorową odpowiedzialnością za śmierć Chrystusa: „Żydom jako narodowi nie można przypisywać żadnej dziedzicznej ani zbiorowej winy za to, co popełniono podczas męki Jezusa” – przywołał papież słowa soborowej deklaracji. Potępić należy wszelkie akty dyskryminacji i prześladowań Żydów, które przez wieki miały miejsce w związku z tym oskarżeniem.

Warto przypomnieć, że Katechizm Kościoła Katolickiego, powtarzając za Soborem Trydenckim, naucza jednoznacznie: „Kościół nie waha się przypisać chrześcijanom największej odpowiedzialności za mękę Jezusa, którą zbyt często obciążali jedynie Żydów. (…) Trzeba uznać, że nasza wina jest w tym przypadku większa niż Żydów. Oni bowiem, według świadectwa Apostoła, nie ukrzyżowaliby Pana chwały (1 Kor 2,8), gdyby Go poznali. (…) Ukrzyżowałeś Go i krzyżujesz nadal przez upodobanie w wadach i grzechach” (KKK 598).

W swoim wystąpieniu papież radykalnie sprzeciwił się przedstawianiu Żydów jako „odrzuconych albo przeklętych”. Przez ponad półtora tysiąca lat treści te, obecne w katolickim nauczaniu i błędnej interpretacji Pisma Świętego, kształtowały postawy chrześcijan, przyczyniając się do nienawiści, prześladowań i manifestacji antysemityzmu. Powinniśmy pamiętać, że Kościół katolicki stwierdza dziś jednoznacznie: Żydzi są nadal umiłowani przez Boga, który wezwał ich nieodwołalnym powołaniem. Bóg bowiem, wierny swym obietnicom, nie odwołał Pierwszego Przymierza. Izrael pozostaje nadal narodem wybranym.

W 1997 r., mówiąc o korzeniach antyjudaizmu w środowisku chrześcijańskim, św. Jan Paweł II nazwał trwanie Izraela „faktem nadprzyrodzonym”. „Ten lud trwa na przekór i wbrew wszystkiemu dlatego, że jest ludem Przymierza” – stwierdził papież[4]. Powrót do źródeł i teologiczna refleksja nad tajemnicą trwania Izraela, podjęta w XX wieku – szczególnie wobec straszliwej tragedii Szoah (Zagłady), jaka dokonała się w Europie – zaowocowały nowym, zakorzenionym w apostolskiej tradycji nauczaniem Kościoła o Żydach i judaizmie.

Zainspirowana soborową deklaracją refleksja Kościoła ukazuje coraz wyraźniej więzi łączące Żydów i chrześcijan.  Są nimi szczególnie: cześć dla Słowa Bożego, modlitwa i liturgia, a także mesjańska nadzieja przyszłości. Bo „gdy lud Boży Starego i Nowego Przymierza rozważa przyszłość, zmierza on – nawet jeśli wychodzi z dwu różnych punktów widzenia – ku analogicznym celom: przybyciu lub powrotowi Mesjasza”. Nawiązując do wspólnej nadziei eschatologicznej, św. Jan Paweł II powiedział: „Przymierze Nowe odnajduje w Starym swoje korzenie. O ile zaś Stare może odnaleźć w Nowym swe spełnienie, to jest oczywiście sprawą Ducha Świętego. My, ludzie, staramy się temu tylko nie przeszkadzać.”

Rocznica papieskiej wizyty w rzymskiej synagodze przypadnie nazajutrz po zakończeniu Oktawy Wielkanocy. W tym roku zarówno wyznawcy Judaizmu,  jak i chrześcijanie świętują Paschę w tym samym czasie. To okazja, by przypomnieć sobie o żydowskich korzeniach chrześcijańskiej liturgii.

Św. Jan Paweł II podkreślał, że te „korzenie należy jeszcze głębiej poznać; szczególnie muszą je lepiej poznać i docenić wierni”, ponieważ „wzięcie pod uwagę wiary i życia religijnego narodu żydowskiego, tak jak są one wyznawane i przeżywane współcześnie”, może nam pomóc w lepszym zrozumieniu życia Kościoła].

W wielu miejscowościach – nieraz tuż obok nas, czasem nieco dalej – znajdują się ocalałe z wojennej zawieruchy synagogi. W większości z nich nie rozbrzmiewa już dziś głos radosnej szabatowej modlitwy. Są jednak i takie, które tętnią religijnym życiem. Podążając śladem św. Jana Pawła II, odwiedźmy 13 kwietnia synagogę. Wspomnijmy mężczyzn i kobiety, których modlitwami przez wieki nasiąkały mury bożnic. A tam, gdzie jest to możliwe, spotkajmy się z żydowskimi siostrami i braćmi. Pamiętając, że zawsze modlimy się za nich w liturgii wielkopiątkowej, prosząc Boga, aby lud, który On jako pierwszy nabył na własność, „wzrastał w wierności Jego przymierzu” i mógł „osiągnąć pełnię odkupienia”. Bo „nie ma żadnych wątpliwości, że Żydzi są uczestnikami Bożego zbawienia, ale jak to może być możliwe bez wyraźnego wyznawania Chrystusa – jest i pozostanie niezgłębioną tajemnicą Bożą”].

Niech nas wspiera swoją modlitwą Maryja, Matka naszego Pana, „Wybrana Córka Izraela”.

Pasterze Kościoła katolickiego w Polsce obecni na 404. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski.

Warszawa, 12 marca 2026 roku

[1][1] „List do niewierzącego” papieża Franciszka – odpowiedź do Eugenia Scalfariego, opublikowana na łamach „La Repubblica”, 11.09.2013, www.vatican.va)

[2] „Bo dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne”, Komisja Stolicy Apostolskiej ds. Relacji Religijnych z Judaizmem, 14, 10.12.2015

[3] EG 247; Rz 11,29; KKK 839; NA 4

[4] Jan Paweł II, Przemówienie do uczestników sympozjum „Korzenie antyjudaizmu w środowisku chrześcijańskim”, Watykan, 31.10.1997

[5] „Żydzi i judaizm w głoszeniu Słowa Bożego i katechezie Kościoła katolickiego”, Komisja  Stolicy Apostolskiej ds. Stosunków Religijnych z Judaizmem, II, 10, 24.06.1985

[6]  Jan Paweł II, „Przekroczyć próg nadziei”,16

[7] Jan Paweł II, Przemówienie do uczestników Spotkania Delegatów Krajowych Konferencji Episkopatów oraz innych ekspertów do spraw relacji katolicko-żydowskich, Rzym, 06.03.1982

[8] „Bo dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne”, Komisja Stolicy Apostolskiej ds. Relacji Religijnych z Judaizmem, 36, 10.12.2015

[9] „Zbiór Mszy o Najświętszej Maryi Pannie”, 1998, Msza I: Najświętsza Maryja Panna Wybrana Córka Izraela.

———————————————————————

No i się zaczęło polskie piekło…

• K. Daniel Wachowiak odmówił odczytania listu podczas mszy. Według niego to bluźnierstwo.


• Sergiusz Muszyński, autor w serwisie Nowy Ład:
„List Episkopatu jest haniebny, a w zasadzie nawet heretycki, bo występuje przeciw absolutnie podstawowej prawdzie chrześcijańskiej, jaką jest jedynozbawczość Kościoła katolickiego. Neguje także fundamentalną prawdę wiary, że Stare Przymierze zakończyło się wraz z przyjściem Pana Jezusa. To nieprawdopodobny, publiczny skandal i atak na religię katolicką w wykonaniu samych biskupów.”


• Paweł Chmielewski, dziennikarz PCh24:

„List KEP szokuje. Nie wiem, jak pogodzić go z nauczaniem Kościoła katolickiego. Nawet II Sobór Watykański jest przeciwko treści tego listu. Jestem ciekawy, w jaki sposób ideologicznie prosemicka frakcja w KEP przeforsowała ten skandaliczny dokument. Jego publikacja jest jednak kamieniem milowym. Chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by w liście KEP pojawiły się tak ewidentne sprzeczności względem nauki Kościoła. To niewytłumaczalne bez odwołania do ideologii. O tym skandalu będą pisać podręczniki historii Kościoła.”


• Krzysztof Bosak, Konfederacja:

„Że żaden biskup tego nie zablokował… Nie jestem teologiem, więc nie oceniam, ile w tym liście jest prawdy, a ile herezji, błędu, zamętu czy niejasności, ani ile dopuszczalnego żonglowania cytatami, faktami i koncepcjami po to, żeby możliwie mocno zjudaizować przekaz wiary katolickiej. Sam fakt, że musimy zadawać sobie takie pytania, jest żenujący. Ekscelencje, ogarnijcie się! W ogóle – dlaczego to, że papież kilkadziesiąt lat temu odwiedził synagogę, ma być dziś wspominane podczas mszy czy upamiętniane?”


• Grzegorz Braun:

„Kluczową NIEPRAWDĄ, która służy inicjatorom zwodzicielskiego i siejącego zamęt listu KEP za punkt wyjścia do manipulacji historią i soteriologią, jest z gruntu fałszywe utożsamienie judaizmu Talmudu z judaizmem Najświętszej Rodziny. Taka tożsamość nie zachodzi i – chwała Bogu – nigdy nie zachodziła, cokolwiek na ten temat chciałby wmawiać sobie i innym JE Ryś w owczej skórze. #StopJudaizacjiPolski.”


• Jacek Międlar, były ksiądz, nacjonalista:

„To list pełen kłamstw, mieszaniny manipulacji, bazujący na szorującej po dnie wiedzy przeciętnego katolika. Forsuje twierdzenie, jakoby chrześcijaństwo wyrosło z judaizmu jak ‘gałąź z pnia’, a nie tłumaczy, że współczesny judaizm wyrasta z Talmudu powstałego z nienawiści do chrześcijaństwa, a nie z judaizmu starotestamentowego. To oczywista manipulacja. Oj, wy załgani biskupi – gdybyście tak zabiegali o życie nienarodzonych. Wy łajdaki!”


————————————————————————


Nie wiem, co napisać… Przecież wszystko, co bym napisał, zostanie wyparte…


Jako komentarz niech posłużą słowa Turskiego:

„Auschwitz nie spadło z nieba

środa, 11 marca 2026

Glapiński?! Dalej nie wytłumaczył skąd weźmie 185 mld złotych polskich.


 Glapiński?! Dalej nie wytłumaczył skąd weźmie 185 mld złotych polskich

Kilka faktów i pytań.

  1. Zgadza się – nie potrzeba żadnej ustawy, żeby sprzedać rezerwy NBP. Mogą to być złoto, obligacje niemieckie czy amerykańskie, waluty. Cokolwiek. Dlaczego tego nie zrobił? By zysku nie dać Tuskowi.  

  2. Jeśli NBP osiąga zysk, to zgodnie z prawem MUSI:

95% zysku NBP → trafia do budżetu państwa (czyli do Skarbu Państwa)
5% zysku → zasila fundusz rezerwowy NBP

  1. Z punktu widzenia prawa nie istnieje coś takiego jak „nadzwyczajny zysk NBP”. Jest po prostu zysk banku centralnego, który w całości powinien zostać rozliczony zgodnie z ustawą i przekazany do budżetu.

  2. Glapiński twierdzi, że w ostatnich trzech latach NBP miał około 100 mld zł strat. Tyle że jednocześnie bank miał ogromny niezrealizowany zysk na złocie. Gdyby je sprzedał – pojawiłby się zysk. A wtedy, zgodnie z prawem, trafiłby on do budżetu państwa, a nie do dyspozycji prezesa NBP.

  3. Prezes NBP powiedział też, że sprzedaż złota nie uszczupli rezerw NBP, bo zostanie ono zamienione na inne aktywa – np. dolary, euro albo obligacje USA czy Niemiec.
    I to jest prawda – wtedy zmienia się tylko struktura rezerw, a nie ich wartość.

Ale pojawia się oczywiste pytanie:

Skoro złoto zostaje tylko zamienione na inne aktywa (dolary, euro, obligacje), to skąd nagle pojawia się 185 mld zł na wojsko?

  1. W praktyce są tylko trzy możliwości:

Sprzedaż nowych aktywów za złotówki – ale wtedy rezerwy NBP realnie się zmniejszą.

Druk pieniądza przez NBP – można wydrukować 185 mld zł i księgowo oprzeć to na zysku ze sprzedaży złota. Tylko że rynki finansowe reagują na coś takiego zawsze tak samo: spadkiem zaufania. Przypominam, że niedawno mieliśmy inflację sięgającą 19%. Dodruk tej skali oznaczałby presję na złotego i droższe finansowanie długu państwa.

Emisja obligacji przez Bank Gospodarstwa Krajowego – ale to po prostu zaciągnięcie kolejnego długu. Dziś polski dług długoterminowy kosztuje około 6%, podczas gdy europejski program SAFE oferuje finansowanie bliżej 3%.

  1. Nie padła też odpowiedź kiedy te pieniądze miałyby się pojawić. Nawet w optymistycznym scenariuszu – nie wcześniej niż w kwietniu przyszłego roku.

  2. I najważniejsze pytanie: po co w ogóle ustawa przekazująca pieniądze z NBP Nawrockiemu, a nie do budżetu państwa?
    Bo ta ustawa – poza tym – nie wprowadza żadnego nowego mechanizmu finansowania.

Na razie wygląda to tak, jakby ogłoszono wielką kwotę, ale nie pokazano realnego sposobu jej zdobycia.

A więc pozostaje najprostsze pytanie:

Gdzie są te 185 miliardów polskich złotówek?

poniedziałek, 9 marca 2026

Jeżeli Trump nie zakończy szybko wojny z Iranem, to może zatopić siebie i republikanów


Jeżeli Trump nie zakończy szybko wojny z Iranem, to może zatopić siebie i republikanów

Donald Trump stoi dziś przed poważnym problemem politycznym. Jeśli konflikt z Iranem będzie się przeciągał, może zacząć tracić poparcie własnego zaplecza politycznego, a to z kolei może negatywnie wpłynąć na wyniki Republikanów w nadchodzących wyborach połówkowych do Kongresu.

Ruch MAGA – najbardziej lojalne środowisko polityczne Trumpa – powstał wokół jego hasła wyborczego „Make America Great Again”. Jednym z kluczowych elementów tej narracji była krytyka wieloletnich interwencji militarnych Stanów Zjednoczonych na świecie, takich jak wojna w Afganistanie czy wojna w Iraku. Wielu wyborców Trumpa popierało go właśnie dlatego, że obiecywał zakończenie kosztownych i długotrwałych konfliktów.

Tymczasem amerykański atak na Iran podzielił zwolenników Trumpa. A to może mieć realne konsekwencje polityczne. Amerykanie w większości nie chcą kolejnej długiej wojny.

Jeśli konflikt będzie się przeciągał, lojalność środowiska MAGA może zostać poważnie zachwiana.

Spadające poparcie

Już teraz widać oznaki spadku popularności Donalda Trumpa. Najnowszy sondaż YouGov/The Economist wskazuje, że jedynie 38% badanych ocenia jego prezydenturę pozytywnie, podczas gdy aż 59% wyraża dezaprobatę. To najniższy poziom poparcia, jaki Trump odnotował od listopada 2017 roku.

Spadek ten nie wynika jednak wyłącznie z konfliktu z Iranem. Trend spadkowy zaczął się już wkrótce po objęciu przez niego prezydentury.

Wielu wyborców czuje się rozczarowanych. Trump obiecywał zakończenie wojen, tymczasem nie zakończył wojny w Ukrainie, a dodatkowo zaangażował Stany Zjednoczone w nowy konflikt na Bliskim Wschodzie. Do tego dochodzą niespełnione obietnice gospodarcze – zwłaszcza te dotyczące przywrócenia miejsc pracy i poprawy sytuacji ekonomicznej Amerykanów.

Wielu obywateli jest rozczarowanych stanem swoich portfeli: poziomem cen, sytuacją na rynku pracy i ogólnym poczuciem bezpieczeństwa ekonomicznego. Polityka celna, która miała przynieść Ameryce korzyści, nie przyniosła oczekiwanej „manny z nieba”, a wielu Amerykanów zaczęło zauważać, że to oni w dużej mierze ponoszą jej koszty.

Amerykanie nie chcą długiej wojny

Społeczeństwo amerykańskie jest zmęczone długotrwałymi konfliktami. Jeśli wojna będzie się przeciągać, jej koszty – zarówno finansowe, jak i ludzkie – będą rosły. Straty wśród amerykańskich żołnierzy oraz rosnące wydatki wojskowe mogą jeszcze bardziej osłabić poparcie dla prezydenta.

A w kontekście zbliżających się wyborów połówkowych do Kongresu stawka jest ogromna.

Trump panicznie boi się impeachmentu.

Sam to otwarcie przyznał w rozmowach z republikańskimi kongresmenami, że Republikanie muszą wygrać te wybory. Do rozpoczęcia procedury impeachmentu wystarczy bowiem zwykła większość w Izbie Reprezentantów. Prezydent obawia się więc nie tylko politycznej porażki, ale również kolejnej próby usunięcia go z urzędu.

Dodatkowe problemy polityczne

Do napiętej sytuacji politycznej dochodzą również nowe informacje dotyczące sprawy Jeffreya Epsteina. Trump próbuje przypisywać odpowiedzialność Demokratom, ale wielu wyborców może zadawać proste pytanie: Trump, a nie Clinton jest dziś prezydentem. I to dlaczego sprawa wciąż budzi tyle wątpliwości. Ma tyle zaczernień, ugód sądowych Trumpa...

Wybory na horyzoncie

Przed Stanami Zjednoczonymi stoją kluczowe prawybory i wybory do Kongresu. Długotrwały konflikt może stworzyć przestrzeń dla kandydatów z antywojennym programem – także wewnątrz Partii Republikańskiej.

Jeśli wojna okaże się bardzo niepopularna, może pojawić się polityk gotowy otwarcie wystąpić z antywojenną – a być może nawet antytrumpowską – agendą. Taki ruch wcale nie musiałby zaszkodzić jego karierze. Przeciwnie – mógłby stać się fundamentem budowy pozycji przed kolejnymi wyborami prezydenckimi, w których Trump nie będzie już mógł startować.

Marco Rubio niewątpliwie ma ambicje prezydenckie. Jednak na razie bardzo mocno związał się z Trumpem i jego polityką. Najwyraźniej liczy na to, że dotrwa do końca kadencji w jego cieniu, a później spróbuje budować własną pozycję w partii.

Powtórka z błędu Busha?

Decyzja o uderzeniu na Iran może przypominać polityczny błąd, jaki popełnił George W. Bush w Iraku. Droga Iranu do opracowania broni masowego rażenia była jeszcze długa, a argument o konieczności natychmiastowej interwencji nie przekonał wielu Amerykanów.

Również perspektywy zmiany reżimu w Teheranie są niewielkie.

W tej sytuacji konflikt z Iranem stawia Donalda Trumpa w bardzo trudnym położeniu – zarówno wobec opinii publicznej, jak i wewnątrz własnej partii.

Lojalność środowiska MAGA może zostać zachwiana. A jeśli spadające poparcie utrzyma się do wyborów do Kongresu, może to poważnie osłabić pozycję Republikanów.

Mit politycznej „niezatapialności” Trumpa może wtedy bardzo szybko runąć.

Kto zarabia na wojnie...


Import uzbrojenia do państw europejskich w latach 2021–2025 był ponad trzykrotnie większy niż w poprzednim pięcioletnim okresie. W tym czasie Stany Zjednoczone umocniły swoją pozycję jako dominujący dostawca broni na świecie, natomiast eksport z Rosji wyraźnie się zmniejszył.

Największym odbiorcą dużych systemów uzbrojenia na świecie była Ukraina, do której trafiło 9,7% globalnych dostaw. W latach 2021–2025 najwięcej broni przekazanej temu państwu pochodziło ze Stanów Zjednoczonych (41%), Niemiec (14%) oraz Polski (9,4%).

W 2025 roku Ukraina otrzymała jednak znacznie mniej uzbrojenia niż w latach 2023–2024, co w dużej mierze było związane ze zmniejszeniem skali pomocy wojskowej ze strony Stanów Zjednoczonych.

Wśród państw NATO największymi importerami broni w Europie w analizowanym okresie były Polska i Wielka Brytania. W przypadku Polski import uzbrojenia wzrósł aż o 852% w porównaniu z okresem 2016–2020, co odzwierciedla intensywną modernizację sił zbrojnych.

Eksport ze Stanów Zjednoczonych, które pozostają największym dostawcą broni na świecie, wzrósł o 27%, przy czym sprzedaż amerykańskiego uzbrojenia do Europy zwiększyła się aż o 217%.

Drugie miejsce wśród światowych eksporterów uzbrojenia zajęła Francja, odpowiadająca za 9,8% globalnych dostaw. W latach 2021–2025 francuski eksport wzrósł o 21%. Choć sprzedaż broni do innych państw europejskich zwiększyła się ponad pięciokrotnie, niemal 80% dostaw trafiło poza Europę, głównie do Indii i Egiptu.

niedziela, 8 marca 2026

Nawrocki „połknie” TVN jeszcze w tym roku


 Nawrocki „połknie” TVN jeszcze w tym roku

Wstęp: koniec pewnej ery
Pod koniec lutego na światowym rynku mediów doszło do trzęsienia ziemi, którego echa będą odczuwalne na świecie i w Polsce przez dekady.
Paramount Skydance podpisał umowę kupna Warner Bros. Discovery (WBD) – giganta, w którego portfelu znajdują się m.in. grupa CNN oraz grupa TVN.
Jeśli transakcja zostanie sfinalizowana do września 2026 roku, polski krajobraz medialny może zmienić się nie do poznania.

Choć teoretycznie transakcja wymaga zgody trzech potężnych podmiotów, realne szanse na jej zablokowanie wydają się iluzoryczne.

1. Akcjonariusze WBD
Dla nich liczy się przede wszystkim wynik finansowy i premia za akcje. Ideologia przegrywa z Excelem.

2. Departament Sprawiedliwości USA (DOJ)

W nowej rzeczywistości politycznej resort podległy Trumpowi przestał stawiać przeszkody.
 W „starym”, demokratycznym porządku koncentracja Fox, CBS, CNN i amerykańskiego TikToka w jednych rękach byłaby nie do pomyślenia i była blokowana..

3. Komisja Europejska
Bruksela rzadko wykazuje się odwagą w starciu z amerykańskimi gigantami. W praktyce często traktuje takie transakcje jako prostą wymianę jednego inwestora z USA na drugiego.


Era „rodziny Ellisonów” i kryzys mediów w USA

To, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych pod rządami Trumpa, wielu komentatorów opisuje jako narodziny nowej oligarchii medialnej.

Jednym z głównych aktorów jest David Ellison – miliarder i polityczny sojusznik Trumpa.
Ellison był wcześniej oskarżany o podburzanie do ataku na Kapitol po przegranych przez Trumpa wyborach z Joe Bidenem.

W 2024 roku próbował przejąć Paramount, jednak regulatorzy zablokowali tę transakcję. Powrót Trumpa do Białego Domu zadziałał jednak jak wytrych – bariery zaczęły znikać.

Ellison nie kupił jedynie studia filmowego czy platformy streamingowej. Celem była informacja.

Przejmując spółkę holdingową kontrolującą koncern, zdobył wpływ na sieć CBS i jej 240 stacji lokalnych. Zmiany nastąpiły szybko:

  • redaktorką naczelną CBS News została Bari Weiss, znana z krytyki "lewackiej kultury woke”,

  • przekaz redakcyjny zblatował się z  linią politycznej Trumpa!

Ostatnim bastionem niezależności pozostawał CNN.

Choć Netflix planował zakup stacji, nagłe wycofanie się z negocjacji po spotkaniu kierownictwa platformy z Trumpem nie pozostawia wielu pytań – zostali postawieni pod ścianą.

W efekcie właścicielem CNN ma zostać rodzina Ellisonów.

W tym scenariuszu Trump zyskuje wpływ na trzy największe telewizyjne marki informacyjne: Fox, CBS i CNN.


Co to oznacza dla TVN?

W Polsce panuje przekonanie, że „bezpiecznik” wprowadzony przez rząd Donalda Tuska pod koniec 2024 roku – wpisanie TVN i Polsatu na listę podmiotów strategicznych – ochroni stację przed wrogim przejęciem.
Problem polega na tym, że ten mechanizm nigdy nie został przetestowany w praktyce. Nie liczyłbym na niego.

Dlaczego TVN może wpaść w ręce nacjonalistów?

1. Polityczna pragmatyka
Nie wiadomo, kto będzie sprawował władzę w Polsce po 2027 roku. Jeśli władzę odzyska prawica, „bezpiecznik” wprowadzony przez rząd Tuska może zostać wykorzystany w odwrotny sposób – jako narzędzie ułatwiające przejęcie stacji przez podmiot przyjazny nowej władzy.

2. Priorytet ideologii nad biznesem

Część ekonomistów uważa, że TVN to zbyt dobry biznes, by ktokolwiek chciał go destabilizować. Istnieje obawa, że widownia TVN znalazłaby inne, noqw medium.
Ekonomicznie jest to logiczne i zgodne z zasadami biznesu, ale spójrzcie na Trumpa, Kaczyńskiego, Czarnka czy Nawrockiego?
To ludzie tak amoralni, że zrobią wszystko, co uznają za korzystne. Nie stracą – odkradną, gdy tylko zdobędą władzę.


Teza na rok 2027

Stawiam odważną, ale opartą na obserwacji trendów tezę:

Przed wyborami parlamentarnymi w 2027 roku prezesem TVN może zostać osoba wskazana przez Karola Nawrockiego.

W świecie, w którym globalny kapitał medialny coraz częściej splata się z polityką, niezależność dziennikarska staje się dobrem deficytowym.
TVN – zamiast być oknem na świat – może stać się kolejnym elementem propagandowej układanki faszystowsko-bolszewickiej dyktatury.

"Sprzeciw wobec prezydenta Trumpa to jest sprzeciw wobec Boga, a Biały Dom jest Ziemią Świętą".


 Paula White - Cain, pastorka reformowanego Kościoła pentekostalnego, osobista doradczyni duchowa Trumpa:

"Sprzeciw wobec prezydenta Trumpa to jest sprzeciw wobec Boga, a Biały Dom jest Ziemią Świętą".


Po tych słowach wróciłem do artykułu, który zamieszczam w całości.  

Kuba Danecki - Trump "namaszczony przez Jezusa". Żołnierze składają skargi

Amerykańska Fundacja Wolności Religijnej w Wojsku ujawniła ponad sto skarg na dowódców, którzy zagrzewali żołnierzy do wojny z Iranem wizją nadchodzącego Armageddonu i powrotu Jezusa Chrystusa. Prezydent Trump miał według nich wygrać wybory, ponieważ został namaszczony przez Jezusa, żeby doprowadzić do końca czasów i zmartwychwstania wiernych.

Komunikaty, na które skarżą się żołnierze, wpisują się w światopogląd sekretarza wojny Pete'a Hegsetha. Hegseth ma tatuaż "Deus Vult", "Bóg tak chce". To fraza powiązania z chrześcijańskim fundamentalizmem, nawiązująca do średniowiecznych krucjat. Jest popularna wśród skrajnej prawicy i ruchów faszystowskich. W 2020 roku w swojej książce przyszły sekretarz wojny nawoływał do świętej wojny. Tytuł książki? "Amerykańska krucjata". 

Dziś Hegseth organizuje dla żołnierzy modlitwy w obrządku protestanckiego ewangelikalizmu. W lutym tego roku zaprosił do wygłoszenia kazania w Pentagonie kaznodzieję Douglasa Wilsona - człowieka, który popiera m.in. odebranie kobietom praw wyborczych. 

Z perspektywy Europy brzmi to niewiarygodnie, ale wizja amerykańskiej armii jako narzędzia Boga, które pomoże doprowadzić do końca świata, zaczyna być oficjalną częścią amerykańskiej polityki obronnej. 

Ważne: protestancki ewangelikalizm jest czymś innym od kościołów ewangelickich. Ten pierwszy jest określeniem-parasolem na kilka fundamentalistycznych protestanckich wyznań, które najpopularniejsze są w USA. Te drugie bezpośrednio kontynuują europejską tradycję luterańską i są znane raczej z liberalnych, humanistycznych zasad.

To niejedyne związane z religią kontrowersje w administracji Trumpa. Tydzień przed rozpoczęciem ataków na Iran, ambasador USA w Izraelu, Mike Huckabee, wywołał skandal. W wywiadzie z Tuckerem Carlsonem powiedział, że nie widzi problemu z ekspansją terytorialną Izraela od Nilu aż po Eufrat - czyli wizją Wielkiego Izraela. Oficjalny protest wystosowało wtedy kilkanaście krajów regionu - od Turcji po Pakistan.

Amerykańscy ewangelikanie wierzą w dosłowną interpretację Pisma Świętego. W Księdze Rodzaju Bóg obiecuje Abrahamowi ziemie, które obejmują dzisiejszy Egipt, Syrię, Jordanię, Liban, Turcję, Arabię Saudyjską oraz Irak. To bardzo ważne w kontekście izraelskiej ekspansji oraz wojny z Iranem - bo wizja Wielkiego Izraela jest popularna w Tel Awiwie, a agresja na sąsiadów podkreśla chęć jej realizacji. 

Wierzą w nią minister bezpieczeństwa narodowego Itamar Ben Gwir oraz minister finansów Bezalel Smotricz. Premier Benjamin Netanjahu chociaż nie poparł jej bezpośrednio, otwarcie mówi, że jest do niej "mocno przywiązany". Podobnie wyraża się lider izraelskiej opozycji - Jair Lapid. W trakcie konferencji prasowej w lutym powiedział: "Syjonizm jest oparty na Biblii. Nasze prawo do ziemi Izraela jest biblijne, więc granice Izraela są granicami w Biblii".

Poza aspektem politycznym, ewangelikański styl religijności to chyba jeden z bardziej widocznych symboli amerykańskiej kultury. Mega-kościoły wielkości stadionów. Duchowni, którzy rzekomo wypędzają z ludzi szatana na scenie albo leczą choroby, policzkując wiernych. Programy w telewizji, które przypominają telezakupy lat dziewięćdziesiątych, ale zamiast sprzętu AGD nawołują do kupienia samolotu liderowi kościoła.

Wiara w koniec czasów: od osiedlowej parafii po Biały Dom

Jednym z ważniejszych elementów ewangelikańskiej doktryny jest apokaliptyczna wiara w powrót Jezusa Chrystusa za naszego życia. Wierzy w to 63 proc. białych ewangelikanów. W ich wizji ma nastać okres wojny lub cierpienia, po którym dojdzie do zmartwychwstania chrześcijan i stworzenia Królestwa Bożego na Ziemi. I nie jest to niszowe przekonanie. Sięga do samego Białego Domu.

W 2003 roku przed inwazją na Irak prezydent George W. Bush chciał przekonać prezydenta Francji, Jacquesa Chiraca, do dołączenia do koalicji. Opowiadał Chiracowi, że wydarzenia na Bliskim Wschodzie przypominają mu działania Goga i Magoga. I że według niego atak na Irak może być spełnieniem biblijnej przepowiedni.

Chirac nie bardzo zrozumiał, o czym mowa. Zwrócił się do Francuskiej Federacji Protestanckiej, ale tam również spotkał się z konsternacją. Zaangażowano profesora-biblistę. Chodziło o dość krótki fragment w Księdze Ezechiela, który nie ma wielkiego znaczenia dla większości chrześcijańskich wyznań. Poza ewangelikanizmem - gdzie tematyka bitew i końca czasów zwraca ogromną uwagę wiernych.

Historia o Gogu i Magogu od dawna rozpala dusze amerykańskich fundamentalistów. Ronald Reagan wierzył, że Gogiem jest Rosja, a jego religijnym i dziejowym obowiązkiem jest stawienie jej czoła. W 1984 roku Reagan powiedział, że Bliski Wschód wygląda na miejsce, gdzie wkrótce dojdzie do biblijnego Armageddonu.

Kiedy chrześcijański syjonizm wygra

W tym kontekście warto wspomnieć o tym, czym taki Armageddon miałby być, zwłaszcza w kontekście chrześcijańskiego syjonizmu. Bo poparcie tego środowiska dla Izraela ma drugie dno.

Chociaż wizje różnią się w szczegółach, ewangelikanie zakładają, że do kryzysu, który ma poprzedzić Królestwo Boże na Ziemi, musi dojść właśnie w Izraelu. Jest to jedno ze źródeł ich wsparcia dla interwencji na Bliskim Wschodzie i prowadzenia tam wojen - po prostu widzą w tym szansę na zbawienie. I chociaż Izrael jest do tego potrzebny, ludzie, którzy przeżyją bitwę z Antychrystem, będą musieli się nawrócić.

John Hagee, założyciel CUFI, największej organizacji chrześcijańsko-syjonistycznej, która zrzesza 10 milionów członków, zakładał, że żydzi będą musieli się nawrócić na chrześcijaństwo, żeby zostać zbawieni. Inni będą musieli umrzeć. Według doniesień jego współpracowników, miał chwalić Hitlera, uważając, że to dzięki niemu mógł powstać Izrael, czyli niezbędny element końca świata.

To element wierzeń, który jest słusznie krytykowany jako antysemicki, w tym przez teologów - ponieważ traktuje judaizm jako narzędzie realizacji apokaliptycznych celów ewangelikanów, nie jako pełnowartościową religię samą w sobie. W chęci wsparcia Izraela nie ma troski o mieszkających tam żydów. Kiedy wróci Jezus, będą musieli zniknąć.

Ale ta ideologia i religia, która coraz bardziej wpływa na politykę USA, pomaga realizować polityczne cele prawicy. Doskonale łączy fundamentalizmy. Każdy znajdzie coś dla siebie. Jedni wierzą, że przykładają się jak krzyżowcy do powstania Królestwa Bożego na Ziemi. To kuszące zwłaszcza dla politycznej islamofobii. Inni liczą na zrealizowanie wizji o siłowym nawróceniu żydów, więc jest to atrakcyjne dla antysemickich środowisk. Jeszcze inni znajdą uzasadnienie do podbicia krajów obiecanych Abrahamowi w Torze, po prostu wierząc, że Biblia powinna stanowić prawo międzynarodowe.

A świeccy polityczni jastrzębie każdej opcji mogą realizować politykę wobec Iranu, która zapewni dominację Izraela i USA w regionie.

Żołnierze się skarżą

Jedyny problem? Jak widać po skargach żołnierzy, których bez pytania o zdanie wsadza się w zbroję krzyżowca, nie wszyscy chcą uczestniczyć w Świętej Wojnie. Skargi wpłynęły z prawie czterdziestu jednostek w trzydziestu różnych bazach. Nie były to odosobnione przypadki. Były zgłaszane przez żołnierzy kilku wyznań, również wierzących chrześcijan.

W jednej ze skarg czytamy, że dowódca jednostki mówił o Donaldzie Trumpie jako "namaszczonym przez Jezusa, żeby rozpalić płomień w Iranie i wywołać Armageddon, zaznaczając powrót Jezusa na Ziemię". Skargi dotyczyły też "nieograniczonej euforii" dowódców, którzy czytali biblijne wersety. Mieli cytować Księgę Rodzaju, skupiając się na opisach rzek wypełnionych krwią oraz próbować uspokajać żołnierzy twierdząc, że jest to boży plan.

Niektórzy otrzymali osobiste zaproszenia do domów oficerów, żeby uczestniczyć we wspólnym czytaniu Biblii.

Jeden z żołnierzy otwarcie mówił o upadku morale i spójności jednostki, ponieważ tego typu wykorzystanie religii jest wbrew konstytucji oraz wojskowej przysiędze, którą składał.

Pete Hegseth oraz administracja Trumpa nie odniosła się do kontrowersji. Niewiele wskazuje na to, by planowali zmienić swoje podejście. Planem części dowódców wciąż może być apokalipsa".


Tytuł naukowy nie znaczy, że jeste się naukowcem.


Wypowiedzi ks. prof. dr hab. Tadeusza Guza - tytuł nadał mu prezydenta Andrzej Duda - dotyczące zamachów z 11 września i innych kontrowersji

Ks. prof. dr hab. Tadeusz Guz z Instytutu Filozofii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego w swoich wystąpieniach publicznych ponownie prezentuje poglądy kwestionujące przebieg zamachów na World Trade Center z 11 września 2001 roku w Stanach Zjednoczonych.

Duchowny twierdzi między innymi, że żaden amerykański samolot nie został porwany ani nie uderzył w wieże WTC. Według niego nagrania przedstawiające uderzenie samolotów w budynki miały być „symulacjami medialnymi”.

W swoich wypowiedziach argumentował także, że prawa fizyki – w jego ocenie – wykluczają możliwość wbicia się samolotu w konstrukcję wieżowca. Jego zdaniem maszyna powinna odbić się od budynku, a społeczeństwu przedstawiono w tej sprawie nieprawdziwy obraz wydarzeń.

Tymczasem przebieg zamachów z 11 września został szeroko udokumentowany w licznych śledztwach, raportach komisji rządowych oraz analizach specjalistów z zakresu inżynierii, bezpieczeństwa i lotnictwa.

Ks. Guz już wcześniej wzbudzał kontrowersje swoimi publicznymi wypowiedziami. W przeszłości mówił m.in. o rzekomych „mordach rytualnych” popełnianych przez Żydów na Polakach — twierdzenia te są uznawane przez historyków za bezpodstawne i należą do antysemickich mitów historycznych. W czasie pandemii COVID-19 duchowny twierdził natomiast, że podczas mszy w kościele nie można zarazić się koronawirusem.

czwartek, 5 marca 2026

Hołownia dał wygrać Nawrockiemu, a teraz da zwycięstwo dla PiS, Konfederacji i Króla.


 Teoria o ludziach funkcjonujących w monotematycznym systemie przekonań jest mi dobrze znana. Wchodziłem w świat tych ludzi, w którym różne przekonania — szczególnie teorie spiskowe — wzajemnie się wzmacniają i tworzą zamkniętą strukturę interpretacji rzeczywistości. Próby odwoływania się do dowodów i logicznego rozumowania nigdy nie przynosiły skutku.

Przekonany do podejścia naukowego - tylko wiara - zrezygnowałem więc z prób „nawracania” tych osób na fakty. Nie wpuszczam ich już do swojej przestrzeni dyskusji. Koniec rozmów o katastrofie smoleńskiej, o łamaniu Konstytucji i demokracji przez PiS czy o walce z dyskryminacją ze względu na płeć (lub tożsamość psychoseksualną), rasę, religię, orientację seksualną, niepełnosprawność, bezdomność, pochodzenie etniczne, narodowość, wiek czy przekonania polityczne albo filozoficzne.

A gdy ksiądz mówi o dyskryminacji, koloratka może ochronić go co najwyżej przed wyzwiskami, czasem nawet przed pobiciem. Nie sprawi jednak, że którykolwiek z nich stanie się Dobrym Samarytaninem.

Wydawało mi się, że mam już święty spokój. Spotykam się z otwartymi na świat ludźmi, dla których miłość stanowi sedno.

Aż Hołownia odleciał razem ze swoimi wyborcami. Odleciał, ale zostawił zalanych żółcią, rozgoryczonych.  

Czyżbym musiał się i z nimi pożegnać? Mimo, że to demokraci?

To są inteligentni, prodemokratyczni ludzie którym odbiło. Załapali nienawiść na wzór PiS do wszystkich, bo Szymka skrzywdzili, a on miał się objawić prawdziwym prorokiem. Ba Szymek miał zostać zbawicielem Polski, ale wszyscy go ukrzyżowali. Z Tuskiem na czele. Tylko Kaczyński go zostawił, ale Hołownia aż tak nie odleciał. 

Przedstawię swój pogląd na polską politykę. Ten pogląd jest moim aksjomatem. 

W Polsce mamy dwa elektoraty:


1. Elektorat demokratyczny, elektorat wolnych ludzi, tolerancyjny mimo, że jedni są światopoglądowo konserwatywni, a drudzy liberalni, mający różne poglądy na pomoc socjalną państwa, ale łączy ich jedno: szacunek dla drugiego człowieka. Jezus Chrystus poszedł za daleko z kochaniem bliźniego swego jak siebie samego, ale bezpieczniej się tego trzymać. Jak się nie zgadzamy to przyjmujemy do wiadomości poglądy interlokutora idziemy na piwo. 


2. Elektorat nacjonalistyczny, a nawet szowinistyczny, ksenofobiczny. Faszyzm, nazizm, kwestionowanie holokaustu. Nienawiść i agresja w stosunku do przeciwników. No i guru, który myśli za nas. Homofobia. Mizoginia. Agresja. Ustawki. Narkotyki. 


No i Polaka jest podzielona na pół. 

Dla mnie sprawa jest prosta. Tylko elektorat numer 1, a elektorat numer 2 to nieszczęście do Polski, Polaków, generalnie nieszczęście dla ludzi.

Nie dla nacjonalistów to bezdyskusyjne, święte zadania dla przyzwoitych ludzi. Koniec kropka.

Wracając do Hołowni. Hołownia jest bardzo inteligentnym i dobrym człowiekiem, ale nie ma pojęcia o polityce. 

Wiedział dobrze, że zwycięstwo było kruche. Widział, że się sypało.

Wybory parlamentarne demokraci wygrali, bo zagłosowali na nich 11 624 878 wyborców. 

Wybory prezydenckie demokracja przegrała, bo zagłosowali na nią - Trzaskowskiego - 10 237 286.  Czyli zabrakło 1 387 582 głosów. 

Trzaskowski przegrał, bo demokratów nie poszło do wyborów 933 434 osób. Nacjonalistów było tyle samo na wyborach parlamentarnych i w UU tirze na Nawrockiego.

Klasyczne Trzaskowski przegrał, a nie Nawrocki wybrał. 

Z badań exit pool wynika, że to nie brakło kobiet, ale zabrakło wyborców Hołowni. 

Nawrocki jest prezydentem dzięki Hołowni. 

Znał te liczby na styk, znał też pieniactwo naszych rodaków. To po co wystartował przeciwko drugiemu demokracie? Nie mając żadnych szans.   

Ale przecież musiał wiedzieć, że wyborcy Trzaskowskiego i Hołowni doskoczą sobie do gardeł. Swoich "koalicjantów" będą traktowali ostrzej niż wyborców Nawrockiego.

Pewni, że wygra Trzaskowski jedni chcieli utrzeć mu nosa, a wyborcy tego drugiego chcieli dokopać tamtym. 

Popatrzcie ma liczby. Obrażeni wyborcy Hołowni zostali podczas drugiej tury w domu. 

Hołownia wiedział, że do tej wewnętrznej wojny doprowadzi. Wielu wiedziało i pisało. Ja pisałem. 

Hołownia zrobił prezydentem Nawrockiego.  

Stało się. 


Ale zrobił coś tak samo złego. 

Druga osoba w państwie, Marszałek Sejmu jedzie nocą do Bielana - dlaczego jeszcze nie siedzi - i spotyka się z Kaczyńskim. 

Po ośmiu latach życia w pisowskiej niewoli jego wyborcy - nie mylić z wyznawcami - nie byli w stanie tego zaakceptować. 

Wyborcy PL2050 zniknęli. Został ich 1 procent. 

Gdyby była szansa, że przejdą do innych partii prodemokratycznych, machnąłbym ręką. 

Ale oni nie pójdą na wybory w 2027 roku. 

Ilość prodemokratów  jest w Polsce const. Nie pójdą? Faszyści wygrają. 

SAFE 0+, czyli jak wyczarować 185 miliardów z dziury budżetowej


O elicie Kaczyńskiego – Glapińskim, Nawrockim, Błaszczaku, Suskim, Kowalskim i całej tej galerii postaci – pisałem już wiele. Odwołują się do Boga, ale Jego naukę traktują raczej jak dekorację niż zobowiązanie. W praktyce budują coś na kształt politycznej sekty: wierni mają wierzyć, nie myśleć, i walczyć z każdym, kto zadaje pytania.
Zawsze wydawało mi się, że aby tak skutecznie manipulować masami, potrzeba nieprzeciętnego sprytu i inteligencji. Że trzeba misternie tkać sieć kłamstw, by nikt nie przejrzał tej fasady głupoty. Myliłem się. Nie trzeba.

Przechodzę obok telewizora i słyszę triumfalny głos Nawrockiego:

– Znalazłem z Glapińskim luźne 185 miliardów. Zrobimy SAFE 0+. Bez oprocentowania. I będziemy mogli kupować sprzęt u Trumpa.

Aż usiadłem. Objawienie Nawrolskiego i Glapińskiego.  

Bo na całym świecie nie istnieje coś takiego jak „luźne pieniądze publiczne”. Nie w tysiącach, nie w milionach – a już na pewno nie w wysokości 185 miliardów złotych. Każda złotówka publiczna ma przeznaczenie: zdrowie, szkoły, policja, wojsko, infrastruktura, emerytury, energia, administracja.
Gdyby ktoś naprawdę znalazł 185 miliardów „luzem”, byłby to pierwszy taki przypadek od czasów, gdy Fenicjanie wymyślili pieniądz jakieś trzy tysiące lat temu.
Czekam więc na wyjaśnienie.

I wtedy zaczyna mówić Glapiński.
Cicho. Niepewnie. Z charakterystycznym „yyyy” w co drugim zdaniu.
– Trzeba… yyyy… z rządem… yyyy… zrobić prawo… żeby… yyyy… pozwoliło mi… yyyy… pomóc bezpieczeństwu państwa.

Zaraz.
Czy oni właśnie sugerują, że te pieniądze leżą w Narodowym Banku Polskim?

Jeśli tak, to mamy do czynienia nie z ekonomią, tylko z oszustwem. 
Bo Narodowy Bank Polski nie może finansować rządu. Zabrania tego Konstytucja RP (art. 220 ust. 2) oraz ustawa o NBP.

Bank centralny ma inne zadania: pilnować stabilności pieniądza, kontrolować inflację, zarządzać rezerwami walutowymi i dbać o stabilność systemu bankowego.
Krótko mówiąc:
NBP jest bankiem banków i bankiem państwa.
Zarządza też rezerwami walutowymi, papierosami wartościowymi i metalami szlachetnymi. NBP gromadzi i zarządza rezerwami dewizowymi Polski, aby zapewnić bezpieczeństwo finansowe kraju.
Podejmuje działania rezerwami w sytuacjach katastrofy gospodarczej lub wojny.

Reasumując: Rezerwami NBP można wspomóc rząd po zmianie konstytucji, ale nawet gdyby się udało to wyzbycie narodu polskiego z rezerw ma czarną godzinę w razie wojny czy zawalenia się gospodarki i masowego bezrobocia.

Po zmiana konstytucji przypominam. Tylko czy nasza waluta się nie wtedy nie zawali, a nasz dług spotka syndrom grecki. 

Bez zmiany Konstytucji NBP nie jest bankomatem rządu.

Ale zaraz. Owszem – bank centralny może mieć zysk. I ustawa mówi jasno:
95% zysku trafia do budżetu państwa.

Jest tylko jeden drobiazg.

Żeby przekazać 185 miliardów, trzeba najpierw mieć zysk.

A Narodowy Bank Polski pod kierownictwem Adama Glapińskiego od kilku lat ma dokładnie odwrotną sytuację.
Straty.
• 2022 – minus 16,9 mld zł
• 2023 – minus 20,8 mld zł
• 2024 – minus 13,3 mld zł
• 2025 – prognoza około minus 30 mld zł
Łącznie daje to blisko 100 miliardów złotych strat.
Trudno więc „znaleźć” 185 miliardów w miejscu, które samo tonie w minusie.

Ale jest jeszcze jedna sprawa.
Pytanie do „Patriotów”
Na koniec nasuwa się jedno, kluczowe pytanie. Skoro Glapiński i Nawrocki tak sprawnie „znajdują” miliardy, to gdzie byli, gdy Mariusz Błaszczak zaciągał gigantyczne kredyty?
• W Korei na 6,5% (100 mld zł).
• W USA na 7% (200 mld zł).

Gdzie był wtedy „patriota” Glapiński? Dlaczego wtedy nie wyciągnął z szuflady tych „luźnych” miliardów, by oszczędzić nam miliardowych odsetek, które będą spłacać nasze dzieci i wnuki?

Nie byłoby odsetek.

Nie byłoby wieloletniego zadłużenia.

Nie byłoby rachunku, który będą spłacać następne pokolenia.

Ale wtedy o żadnych „luźnych miliardach” nikt nie mówił.