czwartek, 23 lipca 2026

Skandal z umorzeniem afery "Dwie wieże" Kaczyńskiego


 

Skandal z umorzeniem afery "Dwie wieże" Kaczyńskiego

 

Warszawska Prokuratura Okręgowa pod koniec czerwca oficjalnie umorzyła śledztwo dotyczące głośnej inwestycji spółki Srebrna, znanej jako afera „dwóch wież”. Teraz ujawniono liczące 63 strony uzasadnienie tej decyzji.

Prokuratura uznała, że austriacki biznesmen Gerald Birgfellner nie miał podstaw, by oskarżać Jarosława Kaczyńskiego o oszustwo.

 

Jej zdaniem powinien był prowadzić rozmowy z formalnym zarządem spółki Srebrna, a nie z prezesem PiS.

 

To chyba jakiś żart?

 

Przecież z ujawnionych nagrań jednoznacznie wynika, że zarząd Srebrnej miał bardzo ograniczoną samodzielność, a kluczowe decyzje wymagały decyzji Jarosława Kaczyńskiego. Potocznie mówi się, że zarząd działał "na słupa". Za to grozi obu stronom 8 lat.

 

Oto dwa wymowne fragmenty:

 

1. Rozmowa z 2 sierpnia 2018 roku

Jarosław Kaczyński ustalał z Birgfellnerem termin kolejnego spotkania na koniec sierpnia lub początek września. Następnie powiedział:

 

„Będę poza Warszawą, a tutaj beze mnie państwo bezpośrednio z zarządem spółki na pewno nie załatwią”.

 

Prawnik Birgfellnera odpowiedział: „Oczywiście”.

 

To zdanie ma zasadnicze znaczenie. Sam Kaczyński przyznał, że Birgfellner nie byłby w stanie skutecznie porozumieć się z formalnym zarządem Srebrnej bez jego osobistego udziału.

Jak więc prokuratura może dziś twierdzić, że austriacki biznesmen powinien był rozmawiać wyłącznie z zarządem spółki?

 

2. Rozmowa z Kazimierzem Kujdą

Jeszcze bardziej jednoznaczne słowa padły w nagranej rozmowie Birgfellnera z Kazimierzem Kujdą, ówczesnym prezesem Srebrnej:

 

„Za każdym razem musiałem chodzić do prezesa Kaczyńskiego, dyskutować, żeby się zgodził. Musieliśmy mieć akceptację pana Kaczyńskiego”.

 

Formalnie decyzje podejmował więc zarząd Srebrnej. W praktyce — jak wynika ze słów samego prezesa spółki — potrzebna była akceptacja Jarosława Kaczyńskiego.

 

Mam pytanie, czy ktoś akceptuje rozumowanie prokuratury, która odsyła Birgfellnera do zarządu spółki, choć z nagrań wynika, że zarząd bez zgody Kaczyńskiego nie mógł podjąć kluczowych decyzji.

To próba ich ominięcia prawdy o przestępstwie Kaczyńskiego, Kujdy.

środa, 22 lipca 2026

Powstrzymać Przemysława Czarnka


 

Powyższy tekst "Powstrzymać Przemysława Czarnka", został napisany do tygodnika „Sieci”, ale wobec odmowy publikacji autor zakończył swoją trzynastoletnią współpracę z tą redakcją.

 

Prezes PiS Jarosław Kaczyński oskarżył wyznaczonego przez siebie kandydata na premiera Przemysława Czarnka o działalność godzącą w „polską rację stanu i polskie bezpieczeństwo”. W ustach byłego wicepremiera, odpowiedzialnego za bezpieczeństwo państwa, jest to być może najcięższe oskarżenie polityczne, jakie w ogóle daje się sformułować. Tym bardziej że Kaczyński to polityk, który z pilnowania interesu i suwerenności państwa uczynił sedno swojej misji, często zarzucając brak respektu dla tych wartości swym politycznym wrogom, choćby Donaldowi Tuskowi. Tym razem jednak rzecz jest odmienna i precedensowa. W polskiej polityce nie było dotąd przypadku, aby przywódca partyjny, który sam wylansował swego współpracownika jako lidera i kandydata na szefa rządu, raptem cztery miesiące później zarzucił mu publicznie rzecz tak karygodną, jak rozminięcie się z racją stanu i bezpieczeństwem państwa polskiego. Ten casus jako rzecz niezwykła odnotowany zostanie w podręcznikach polskiej historii politycznej naszego czasu.

 

Przemysław Czarnek zaprzecza nie tylko dziedzictwu ideowemu PiS-u, ale i całej tradycji polskiej myśli politycznej

Reakcja Kaczyńskiego następuje po faktycznie zdumiewającej deklaracji Czarnka, iż jako przyszły premier zamierza „zmusić Europę do zaprzestania jakiegokolwiek finansowania zbrojeń i odbudowy Ukrainy”. Zwłaszcza to słówko „jakiegokolwiek” podkreśla, zapewne z premedytacją, determinację Czarnka do bezwzględnego i całkowitego pozostawienia napadniętej Ukrainy na łasce Kremla. Można przypuszczać, że Czarnek celowo mówi tu tylko o Europie, pomija natomiast kluczową rolę, jaką w ocalaniu niepodległości Ukrainy odgrywa Ameryka, tak pod rządami Joe Bidena, jak i Donalda Trumpa. Dopiero co przecież Trump obiecał Wołodymyrowi Zełenskiemu licencję technologiczną na produkcję Patriotów, czyli najskuteczniejszych systemów ochrony miast, elektrowni i obiektów przemysłowych przed rosyjskimi bombardowaniami. Nietrudno zauważyć, że Czarnkowi łatwo grozić czymkolwiek Europie, a dużo trudniej Ameryce, i stąd zapewne bierze się ta niekonsekwencja jego zapowiedzi

 

W chwili, gdy piszę ten komentarz, nie jest jasne, jaki ma być dalszy los Czarnka w PiS-ie. Sam prezes partii mówi, iż „wyjaśnieniem” sprawy zajmą się władze partyjne, choć w gruncie rzeczy nie bardzo wiadomo, co tu miałoby być wyjaśniane. Pogląd głoszony przez Czarnka jest najzupełniej jasny i radykalnie zaprzecza nie tylko dziedzictwu ideowemu PiS-u, ale i całej tradycji polskiej myśli politycznej, tak z czasu antykomunistycznej emigracji, jak i solidarnościowego podziemia. Postulat wyzwolenia spod sowieckiej dominacji Bałtów, Białorusinów i Ukraińców był w istocie konsensusem polskiej myśli politycznej tamtego czasu. Zaś w wolnej Polsce przybrał postać jednoznacznego polskiego poparcia dla niezależności tych narodów od Moskwy, co wszyscy traktowali jako egzystencjalny polski interes narodowy. Stąd rzesze polskiej młodzieży z biało-czerwonymi flagami, jakie widać na zdjęciach i filmach z kijowskiej Pomarańczowej Rewolucji. Czarnek rzucił teraz wyzwanie całej tej tradycji.

 

Jakie są realne przejawy „bardzo agresywnej” polityki Ukrainy wobec Polski?

 

Zastanawiam się nad stanem ducha rzesz wyborców PiS-u, zwłaszcza tych poważnie traktujących dziedzictwo i przesłanie tej partii. Jak można pojąć sytuację, w której kandydat na premiera, a więc potencjalny przywódca państwa, jest winien sprzeniewierzeniu się egzystencjalnym interesom państwa polskiego, co stwierdza publicznie twórca i najważniejszy autorytet polskiej prawicy, jakim bez wątpienia jest od lat Jarosław Kaczyński? Muszę przyznać, że sam przyzwyczajony jestem do bardziej klarownej polityki, w której spory partyjne są i powinny pozostać normalnością, ale tak sprzeczne poglądy na fundamentalne interesy państwa, jak w przypadku Kaczyńskiego i Czarnka, nie mieszczą się jednak w głowie. Cóż bowiem ma sądzić wyborca PiS, skoro jednego dnia słyszy, iż jego „obowiązkiem moralnym jest krzyczeć” na cały świat o nazizmie panoszącym się na Ukrainie i „zmusić” świat do zaprzestania pomocy dla Kijowa, zaś następnego – że to pogląd, który godzi w „polską rację stanu i polskie bezpieczeństwo”? Narzuca się pytanie, czy to jakiś zdumiewający „spin” w wydaniu PiS-u? Jakaś „wirówka” mająca mącić zwolennikom w głowach, tak by zarówno ci nienawidzący Ukraińców, jak i ci podziwiający ich bohaterstwo, mogli zmieścić się w tej samej partii?

 

Przecież Czarnek mówi to, co mówi, nie po raz pierwszy. Jeszcze w 2025 r. był jedynym liczącym się polskim politykiem, który domagał się wydania Niemcom nurka ukraińskiego, odpowiedzialnego za wysadzenie bałtyckich rur gazowych łączących Niemcy z Rosją. To ciekawe, że Czarnek nie miał wtedy żadnych oporów, aby okazywać nadzwyczajną usłużność wobec rozeźlonych Niemców. W ciągu ostatnich tygodni Czarnek sprawiał takie wrażenie, jakby go ktoś z premedytacją „spuścił ze smyczy” i kazał hasać po polskiej polityce wschodniej. 8 lipca mówił w radiu, iż Kijów jest pod wpływem „ideologii nazistowskiej” i prowadzi „bardzo agresywną” politykę wobec Polski. Niestety, dziennikarstwo w Polsce jest na takim poziomie, iż nikt nie zapytał Czarnka o realne przejawy owej agresji ukraińskiej. A trzy dni później z patosem wzywał nas wszystkich, abyśmy wypełnili nasz „moralny obowiązek krzyczenia do wszystkich stolic Europy i świata” o ukraińskim nazizmie. Ze strony prezesa PiS nie było żadnej reakcji. Pojawiła się ona dopiero wtedy, gdy 14 lipca Czarnek zapowiedział, że zamierza „zmusić” świat do zablokowania pomocy dla walczącej Ukrainy.

 

Na czym polega prawdziwy problem z Przemysławem Czarnkiem?

 

Mam wrażenie, że choć sprzeciw wobec poglądów Czarnka, zwłaszcza w obozie Tuska, okazał się mocny i stanowczy, to jednak mimo wszystko realne znaczenie tego, co robi kandydat PiS-u na premiera, jest niedoceniane. Z obozu Tuska słychać najczęściej oklepany argument, iż Czarnek mówi to samo co Putin. To prawda, że mówi to samo. Ale w moim przekonaniu obrazą rozumu jest pogląd, wedle którego w żadnej kwestii nie wolno nikomu myśleć tak jak Putin. Sam w co niektórych materiach myślę zresztą tak samo jak Putin, choćby wtedy, gdy kremlowski tyran kpi sobie (w swoich mowach wałdajskich) z propagowanego na Zachodzie nierozróżniania płci, dodając ze śmiechem, że Rosja już przebyła tę ciężką chorobę za rewolucji bolszewickiej i zna jej opłakane skutki. Rzecz więc nie w tym, że Czarnek mówi to samo co Putin, ale w tym, że z premedytacją uzasadnia i legitymizuje plan likwidacji państwowości ukraińskiej.

 

Po co bowiem mamy „krzyczeć” o nazizmie na Ukrainie? Po to, żeby świat przestał wspierać nazistowski reżim w Kijowie. A po co świat ma zaprzestać „jakiegokolwiek” wsparcia dla owego reżimu? Po to, żeby został on sprawiedliwie ukarany za nazizm, a państwo ukraińskie na powrót zostało zlikwidowane. Prawdziwy problem z Czarnkiem polega na tym, że pod pozorem odwetu za nielubianą w Polsce ukraińską politykę historyczną, kandydat PiS-u na premiera otwarcie wspiera międzynarodowe cele i plany nie tylko samej Moskwy, ale globalnej „osi zła” stojącej za tymi interesami (by odświeżyć sławny niegdyś termin Ronalda Reagana). Tę „oś zła” albo – by rzec bardziej neutralnie – sojusz wschodnich despotii tworzy dziś przede wszystkim Pekin, sprzymierzony z Teheranem, Moskwą i Pjongjangiem. I ten międzynarodowy sojusz nienawidzi Europy i Ameryki, konkuruje z Zachodem w walce o hegemonię nad światem i w każdej chwili może się znaleźć w stanie otwartej wojny z NATO i pozostałymi sojusznikami USA.

 

Jak PiS staje się największą na Zachodzie organizacją dywersyjną propagującą intencje i cele polityczne antyzachodniego sojuszu wschodnich despotii

 

Komunistom chińskim i koreańskim oraz szyickim perskim mułłom zależy na tym, aby niepodległa Ukraina upadła, bo uważają ją za uzbrojoną, hardą i położoną w kluczowym punkcie świata wysuniętą placówkę Zachodu. Dlatego instrumentalnie akceptują argumentację Moskwy, wedle której nazizm ma być prawdziwą ideologią Ukrainy. Ale ta teza – jak dotąd – nie ma w świecie istotnego odzewu. Wśród współczesnych politycznych liderów Czarnek jest ewenementem. Do upowszechniania tezy o nazistowskiej Ukrainie nigdy nie posunął się Viktor Orbán (choć przecież szczerze nie znosi Ukraińców) ani żaden z przywódców zachodniej nowej alternatywnej prawicy. Ani Giorgia Meloni, ani Marine Le Pen, ani Alice Weidel nigdy nie posłużyły się tym argumentem. Owszem, teza o „nazistowskim puczu”, jakim miał być kijowski Majdan 2014 r., propagowana jest od dawna przez marginalnych trockistowskich komunistów w USA i Wielkiej Brytanii (np. Workers World Party) oraz najbardziej radykalną południowoafrykańską partię komunistyczną, której lider Solly Mapaila każdego dnia walczy słowem przeciw Ukrainie, gdyż ma ona być „tworem nazistowskim sterowanym przez amerykańskich kapitalistów”.

 

Decydujący tydzień dla PiS. Kaczyński i Morawiecki na kursie kolizyjnym

 

Tak wygląda globalny klub współtowarzyszy Czarnka podzielających jego poglądy na temat Ukrainy. I co w tym najważniejsze, Czarnek, wykorzystując przydzieloną mu przez Kaczyńskiego pozycję kandydata na premiera, próbuje teraz przeciągnąć PiS do tego grona nienawidzących Zachodu sprzymierzeńców „osi zła”. Chce to zrobić niepostrzeżenie, tak by wyborcy PiS-u, owładnięci słusznym oburzeniem na kult UPA na Ukrainie, nie zorientowali się nawet, że ich partia staje się – paradoksalnie – największą na Zachodzie organizacją dywersyjną, propagującą intencje i cele polityczne nie tylko samej Moskwy, ale całego antyzachodniego sojuszu wschodnich despotii. Z tradycjonalnej, katolickiej, okcydentalnej i atlantyckiej partii typowego konserwatyzmu kulturowego PiS miałby się przeobrazić w formację prawicowych „wokeistów”, „przebudzonych”, nienawidzących własnego świata i dążących do jego osłabienia w starciu ze wschodnimi despotiami.

 

Przemysław Czarnek rozpętał demony, które Jarosław Kaczyński musi teraz okiełznać i ujarzmić

Strategia Czarnka jest więc nie tylko próbą zakwestionowania tradycji polskiej polityki wschodniej, wedle której interesem Polski jest zawsze umacnianie niepodległości wschodnich sąsiadów, a nie podejmowanie przeciw nim jakiejś gry z Moskwą. Ta strategia jest bowiem również zamachem na ugruntowaną przez lata – za sprawą takich polityków, jak obaj bracia Kaczyńscy, nieżyjący już Ludwik Dorn czy Mateusz Morawiecki – ideową tożsamość PiS-u: partii przywiązanej do dziedzictwa dawnej Rzeczypospolitej, a współcześnie budującej Trójmorze – po to, by stawić opór sojuszowi wschodnich despotii. Chyba to właśnie w końcu dostrzegł Jarosław Kaczyński, kiedy w końcu zdecydował się powstrzymać bezkarne harce swojego kandydata na premiera. Zresztą ta nominacja wyjątkowo nie udała się prezesowi PiS. Teraz, po upływie czterech miesięcy, efektem premierowskich ambicji Czarnka jest tylko to, iż dwie Konfederacje mają dziś łącznie większe poparcie społeczne niźli PiS. Czarnek rozpętał demony, które Kaczyński – ratując własną partię – musi teraz okiełznać i ujarzmić. Pytanie brzmi: czy jeszcze potrafi?

Dyrektor FBI leci do Moskwy. Dlaczego właśnie teraz?


 

Dyrektor FBI leci do Moskwy. Dlaczego właśnie teraz?

 

Kash Patel, dyrektor FBI w administracji Donalda Trumpa, planuje w połowie października dwudniową wizytę w Rosji. Byłaby to pierwsza podróż urzędującego szefa FBI do Rosji od 13 lat. Cel wizyty i jej szczegółowy program pozostają nieznane.

 

I właśnie tutaj pojawia się zasadnicze pytanie: dlaczego akurat teraz?

 

Patel ma odwiedzić Rosję zaledwie kilka tygodni przed wyborami do Kongresu, zaplanowanymi na 3 listopada 2026 roku. Sam termin nie jest oczywiście dowodem na jakiekolwiek nielegalne działania, ale trudno uznać go za politycznie obojętny.

 

Rosyjskie próby ingerowania w amerykański proces wyborczy nie są teorią spiskową.

Zostały szczegółowo opisane zarówno w raporcie FBI, jak i w ponadpartyjnym raporcie senackiej komisji wywiadu. Nie udowodniono, że działania Moskwy przesądziły o wyniku wyborów w 2016 roku, ale sam fakt szeroko zakrojonej ingerencji w proces wyborczy został potwierdzony.

 

I dlatego pojawia się największy zgrzyt — timing tej wizyty.

Tuż przed listopadowymi wyborami w USA, które są być albo nie być Trumpa i jego ludzi.

Ten termin należy nazwać po prostu terminem podejrzanym, złym.

niedziela, 19 lipca 2026

Demokracja, która nie potrafi się bronić, może pewnego dnia przeprowadzić własny pogrzeb


 

Demokracja musi umieć się bronić

„Demokracja jest najgorszą formą rządów, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których od czasu do czasu próbowano” — powiedział Winston Churchill 11 listopada 1947 roku w Izbie Gmin. Podkreślał przy tym, że demokracja nie jest ani doskonała, ani nieomylna, ale to społeczeństwo powinno kontrolować władzę, a ministrowie mają być sługami obywateli, nie ich panami.

Dodałbym do tego jeszcze jedno: demokracja musi mieć zabezpieczenie przed samobójstwem.

Nie wiem, jak dokładnie powinno ono wyglądać. Wiem jednak, że musi istnieć.

31 lipca 1932 roku wybory do Reichstagu wygrała NSDAP, zdobywając 37,3 procent głosów. Naziści stali się największą partią, ale nie uzyskali większości parlamentarnej. Większość Niemców zagłosowała na inne ugrupowania. Mimo to 30 stycznia 1933 roku prezydent Paul von Hindenburg mianował Adolfa Hitlera kanclerzem.

Co było dalej — wiemy.

Nauczony doświadczeniem z Hitlerem Karl Loewenstein już w 1937 roku sformułował koncepcję demokracji walczącejmilitant democracy. Zakłada ona, że demokratyczne państwo ma prawo, a nawet obowiązek, bronić się przed organizacjami, które traktują demokrację wyłącznie jako narzędzie zdobycia władzy, aby następnie ją zlikwidować.

Demokracja walcząca nie oznacza prawa do zwalczania niewygodnych poglądów ani legalnej opozycji. Oznacza natomiast możliwość reagowania na przemoc polityczną, nawoływanie do nienawiści, tworzenie struktur totalitarnych oraz działania zmierzające do obalenia konstytucyjnego porządku.

Piękna koncepcja.

W Polsce jednym z jej wyrazów jest artykuł 13 Konstytucji. Zakazuje on istnienia partii i organizacji odwołujących się do totalitarnych metod nazizmu, faszyzmu i komunizmu, dopuszczających nienawiść rasową lub narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy albo utajnianie swoich struktur i członkostwa.

Tylko co z tego?

Prawo nie broni się samo. Bronią go niezależne instytucje oraz ludzie gotowi powiedzieć każdej władzy: „Nie wolno”.

Jeżeli Trybunał Konstytucyjny, prokuratura, sądy, media publiczne, służby mundurowe i administracja znajdą się w rękach jednej opcji politycznej dążącej do autorytaryzmu, nawet najlepsza konstytucja staje się zbiorem martwych liter.

Dlatego demokracji nie zabezpieczy jeden artykuł Konstytucji ani możliwość zdelegalizowania jednej partii. Potrzebny jest cały system bezpieczników: niezależne sądy i prokuratura, apolityczne służby, wolne media, jawność finansowania polityki, skuteczne ściganie przemocy i nawoływania do nienawiści, odporna na polityczne naciski administracja oraz rzetelna edukacja obywatelska.

Jeżeli wszystkie te instytucje zostaną przejęte przez ludzi demokracji wrogich, „demokracja walcząca” pozostanie jedynie piękną teorią.

Dziś zastanawiam się, jak realnie ustrzec Polskę przed Braunem w przyszłym rządzie.

Nie widzę skutecznego rozwiązania. Widzę natomiast zagrożenie, że brunatny język, jeszcze niedawno znajdujący się na marginesie, będzie stopniowo oswajany, normalizowany i wpuszczany do głównego nurtu polityki. Widzę brunatniejącą Polskę.

Nie wierzę w skuteczność „kordonu sanitarnego” wokół Brauna. Partie prawicowego głównego nurtu już zaczynają przejmować język i postulaty radykałów w nadziei na odzyskanie ich wyborców. Wtedy skrajna prawica wygrywa nawet bez formalnego wejścia do rządu, bo to ona zaczyna wyznaczać granice debaty publicznej.

Jestem też przekonany, że jeżeli Kaczyńskiemu i Konfederacji zabraknie głosów do utworzenia większości, mogą zaprosić Brauna do współrządzenia. Polityczna arytmetyka często okazuje się silniejsza niż wcześniejsze deklaracje i moralne oburzenie.

Widzieliśmy już, jak szybko można sparaliżować Trybunał Konstytucyjny i podważyć niezależność Sądu Najwyższego. Podobny los może spotkać pozostałe instytucje państwa.

Nie wierzę również, że ktoś uratuje nas z zewnątrz. Prawica przez lata pracowała nad zohydzeniem Polakom Unii Europejskiej. Unia może wstrzymywać fundusze i uruchamiać procedury prawne, ale władza otwarcie zmierzająca do autorytaryzmu może prędzej zdecydować się na konflikt z Europą, a nawet wyprowadzenie Polski z Unii, niż podporządkować się jej zasadom.

NATO jest sojuszem obronnym, a nie strażnikiem jakości demokracji w państwach członkowskich. Stany Zjednoczone pod rządami Donalda Trumpa również trudno uznać za naturalnego gwaranta europejskiej demokracji. Członkiem NATO jest przecież Turcja, w której władza Recepa Tayyipa Erdoğana systematycznie ogranicza prawa opozycji, mediów i społeczeństwa obywatelskiego. A polscy politycy o autorytarnych skłonnościach mogą patrzeć na taki model nie z oburzeniem, lecz z zazdrością.

Nawet zdelegalizowanie partii Brauna niewiele rozwiąże. Jego wyborców nie da się zdelegalizować. Powstanie nowe ugrupowanie faszystowskie, pozornie łagodniejsze — choćby „Czerwone Muchomorki” — którym Braun będzie kierował z tylnego siedzenia. Być może nawet siedzenia w więzieniu.

A pobyt w więzieniu mógłby uczynić z niego nie przegranego polityka, lecz męczennika. Wtedy mógłby zdobyć nie osiem, lecz dwadzieścia procent głosów.

Nie znam odpowiedzi na pytanie, jak uratować demokrację przed nią samą. Wiem jednak jedno: nie wolno czekać, aż jej przeciwnicy zdobędą władzę, podporządkują sobie instytucje, a potem oznajmią, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem.

Bo demokracja, która nie potrafi się bronić, może pewnego dnia przeprowadzić własny pogrzeb — przy wysokiej frekwencji wyborczej, z zachowaniem wszystkich procedur i przy dźwięku oklasków tych, którzy właśnie ją pogrzebali.

Weto miłości. Nowe spojrzenie na art. 18 Konstytucji RP: Gwarancja ochrony czy zakaz?


 

Weto miłości. Nowe spojrzenie na art. 18 Konstytucji RP: Gwarancja ochrony czy zakaz?

Debata wokół artykułu 18 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej często sprowadza się do emocjonalnych haseł. Kiedy jednak przyjrzymy się literze prawa na chłodno, logicznie i z perspektywy porównawczej, obraz staje się znacznie bardziej klarowny. Rozważmy cztery kluczowe aspekty tej sprawy.

1. Semantyka prawa: Asymetria ochrony a definicja negatywna

Wielu komentatorów czyta art. 18 Konstytucji tak, jakby zawierał słowo „tylko”. Przypomnijmy jego brzmienie:

„Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej.”

Z punktu widzenia logiki i lingwistyki przepis ten nie definiuje małżeństwa jako wyłącznie związku kobiety i mężczyzny. Mówi jedynie, że taki konkretny związek cieszy się szczególną opieką państwa.

Co z tego, skoro Naczelny Sąd Administracyjny i Trybunał Konstytucyjny w orzeczeniach z odchodzącej epoki przyjmowały dotąd, że art. 18 ma charakter nie tylko ochronny, lecz również definicyjny – czyli określa małżeństwo wyłącznie jako związek kobiety i mężczyzny? Zgodnie z wolą kościoła. 

Na szczęście we współczesnej doktrynie prawniczej coraz głośniej brzmi głos logiki i dostrzeżenie otaczającej nas rzeczywistości. Coraz częściej wskazuje się, że jest to tzw. norma programowa (wyznaczająca cel państwu), a nie zakaz instytucjonalny. Konstytucja nakazuje chronić związki heteroseksualne, ale nie zabrania ustawodawcy wprowadzenia ochrony dla innych form pożycia i innych związków.

2. Zasada równości a dystrybucja przywilejów

Idąc dalej: skoro Konstytucja nie zakazuje instytucji małżeństw jednopłciowych lub związków partnerskich, to jak wygląda kwestia przywilejów, np. wspólnego rozliczania podatków? Kluczem jest tu relacja między art. 18 a art. 32 Konstytucji, który mówi o zakazie dyskryminacji.

Ustawodawca ma pełne prawo nadać przywileje podatkowe parom jednopłciowym czy związkom partnerskim. 

Art. 18 stawia jednak sztywną granicę: przywileje te nie mogą być większe niż te, z których korzystają pary różnopłciowe. Pary heteroseksualne mają zagwarantowane konstytucyjne prawo do „niebycia w gorszej sytuacji”. Mówiąc najprościej: równość jest w pełni dopuszczalna, ale dyskryminacja odwrócona już nie.

Ustawodawca może uregulować dla każdego typu związku między innymi:

  • wspólne rozliczanie podatków,

  • dziedziczenie i wspólność majątkową,

  • dostęp do informacji medycznej oraz podejmowanie decyzji w razie choroby partnera,

  • prawo do pochówku,

  • obowiązek wzajemnej pomocy i alimentacji.

3. Związki partnerskie: Autonomia wyboru i pragmatyka

Poza samą dyskusją o małżeństwie kluczową alternatywą stają się związki partnerskie. Przenoszą one debatę z poziomu symbolicznego na czysto praktyczny.

Najważniejszą różnicą między małżeństwem a związkiem partnerskim jest zazwyczaj procedura ich kończenia. Rozwód małżeński to proces formalny – często długi, kosztowny i wymagający zaangażowania aparatu sądowniczego. Związek partnerski oferuje znacznie większą elastyczność; w wielu systemach prawnych do jego rozwiązania wystarczy zgodne oświadczenie woli przed urzędnikiem lub notariuszem.

Jako osoba ukształtowana przez zasady dawnego świata, mogę mieć w tym miejscu naturalne, wewnętrzne wątpliwości – dzisiejsza rzeczywistość pędzi niezwykle szybko. Jednak chcąc pozostać konsekwentnym w obronie wolności, muszę uznać jedną fundamentalną prawdę: w wolnym społeczeństwie obywatele powinni mieć prawo wyboru, która forma odpowiedzialności i zabezpieczenia bardziej im odpowiada.

4. Globalny kontekst i nieuchronny kierunek zmian

Polska dyskusja nie toczy się w próżni. Światowa mapa prawna dynamicznie się zmienia. Na początku 2026 roku małżeństwa jednopłciowe są legalnie zawierane i uznawane już w 39 państwach świata.

Droga, którą w 2001 roku zapoczątkowała Holandia, stała się standardem dla większości państw Europy Zachodniej, obu Ameryk, RPA czy Australii. Co istotne, w ostatnich latach (2024–2025) do tego grona dołączyły kraje o zupełnie różnej kulturze i tradycji, takie jak Estonia, Grecja, Nepal, Tajlandia czy Liechtenstein. Pokazuje to, że ewolucja prawa rodzinnego jest globalnym trendem modernizacyjnym, przed którym trudno uciec.

środa, 15 lipca 2026

Dlaczego nie wierzę w reformę ochrony zdrowia?


 

Dlaczego nie wierzę w reformę ochrony zdrowia?

Każdy kolejny minister zdrowia wchodzi do resortu z naręczem kolorowych slajdów i uśmiechem pełnym reformatorskiego zapału. I każdy kończy dokładnie tak samo: bolesnym zderzeniem ze ścianą.

Nie wierzę w żadne systemowe rewolucje z jednego, niezwykle prostego powodu. Mamy w Polsce zbyt mało lekarzy, by państwo mogło sobie pozwolić na toczenie z nimi jakiejkolwiek wojny.

Nie mówię o wszystkich lekarzach. Zdecydowana większość wykonuje swój zawód z powołania, a pacjent jest dla nich ważniejszy niż pieniądze. Mówię jednak o kluczowej grupie lekarzy specjalistów, którzy decydują o tym, jak działa system. To właśnie o nich myślę.

W tej grze od lat karty rozdaje tylko jedna strona.

Jeśli lekarze zastrajkują albo masowo przejdą na trzymiesięczne urlopy bezpłatne, im samym włos z głowy nie spadnie. Mają bezpieczne poduszki finansowe i prywatne gabinety, które wykarmią ich w każdych warunkach.

Dla pacjentów skończy się to jednak tragicznie – kolejki z przychodni i szpitali błyskawicznie przeniosą się do zakładów pogrzebowych. I władza doskonale o tym wie.

Moją niewiarę w systemowe zmiany opieram na pięciu twardych faktach.

1. Drastyczny deficyt kadr na pierwszej linii

W 2024 roku w Polsce bezpośrednio z pacjentami pracowało zaledwie 141 193 lekarzy. Choć prawo wykonywania zawodu posiada ponad 166,5 tysiąca osób mieszkających w kraju, przeszło 25 tysięcy z nich z różnych powodów nie leczy polskich pacjentów – pracują na przykład w branży farmaceutycznej albo przeszli na emeryturę.

Aby dogonić średnią państw zachodniej części Unii Europejskiej, już teraz brakuje nam około 20 tysięcy medyków. Przy tak dramatycznie napiętej sytuacji kadrowej wystarczy absencja niewielkiej części z nich, by całe oddziały szpitalne zaczęły się zamykać jak domki z kart.

2. Astronomiczny koszt wykształcenia lekarza

„Wyprodukowanie” lekarza to jedna z najdroższych inwestycji publicznych. Sześć lat studiów na kierunku lekarskim kosztuje państwo około 330 tysięcy złotych. Kiedy doliczymy do tego roczny staż podyplomowy, kwota ta bez trudu przekracza pół miliona złotych na jednego człowieka.

Państwo ponosi gigantyczne nakłady finansowe, zanim młody medyk w ogóle zacznie samodzielnie leczyć.

To nie jest taśma produkcyjna w fabryce, którą można z dnia na dzień przyspieszyć poprzez dokupienie maszyn.

3. Edukacyjna partyzantka, czyli medycyna bez zaplecza

Masowe otwieranie kierunków lekarskich na uczelniach niemających żadnych tradycji akademicko-medycznych to przepis na katastrofę. Medycyna nie jest nauką wyłącznie teoretyczną, którą można wykładać w zwykłej auli przy użyciu rzutnika. Nowo powstałe wydziały zderzają się z trzema podstawowymi barierami:

  • Brak bazy prosektoryjnej i laboratoriów. Studenci anatomii powinni uczyć się na preparatach ludzkich ciał, a nie wyłącznie z aplikacji na tabletach czy plastikowych modeli.
  • Brak własnych szpitali klinicznych. Tradycyjne uniwersytety medyczne posiadają potężne szpitale kliniczne, w których występują rzadkie przypadki chorobowe i pracuje doświadczona kadra. Placówki te są jednak już przepełnione.

    Nowe uczelnie łatają te braki, podpisując umowy z lokalnymi szpitalami powiatowymi. Placówki te, choć niezwykle potrzebne, często nie posiadają oddziałów wysokospecjalistycznych ani lekarzy ze stopniami naukowymi, którzy mieliby czas i kompetencje do rzetelnego prowadzenia dydaktyki.

  • „Latający profesorowie”. Brak własnej kadry zmusza uczelnie do „importowania” wykładowców z dużych ośrodków akademickich. Taki profesor przyjeżdża raz na dwa tygodnie, prowadzi weekendowy maraton wykładów i wraca do siebie. W takich warunkach nie ma mowy o relacji mistrz–uczeń ani o realnej opiece mentorskiej nad przyszłym lekarzem.

4. Import lekarzy z zagranicy nie załata dziury

Teoria, że niedobory kadrowe szybko uzupełnimy lekarzami ze Wschodu, na przykład z Ukrainy, jest iluzją. W praktyce medyk z zagranicy może leczyć w Polsce tylko w takim zakresie, na jaki pozwoli mu polski samorząd lekarski.

Naczelna Izba Lekarska i okręgowe izby lekarskie bardzo rygorystycznie pilnują procedur nostryfikacji dyplomów oraz egzaminów językowych. Oficjalnie chodzi o bezpieczeństwo pacjentów, nieoficjalnie – o ochronę własnego rynku przed napływem tańszej konkurencji. Korporacja zawodowa skutecznie blokuje ten kanał zasilania systemu.

5. Czas, którego nie da się kupić

Od pierwszego dnia na uczelni medycznej do momentu, w którym lekarz uzyskuje tytuł specjalisty, mija zazwyczaj od 11 do 13 lat: sześć lat studiów, rok stażu oraz pięć lub sześć lat specjalizacji.

Nawet jeśli dzisiaj potroimy nakłady finansowe i otworzymy wydział lekarski w każdej wyższej szkole zawodowej w kraju, realne – i wątpliwe jakościowo – efekty tej decyzji zobaczymy dopiero pod koniec lat 30. XXI wieku. Do tego czasu obecny system zdąży się całkowicie rozsypać.

Wnioski: chaos, który wszystkim się opłaca

Wniosek z tej analizy jest brutalny: obecny paraliż – żeby nie nazwać tego dosadniej: burdel – jest dla kluczowych graczy, czyli mafii lekarskiej, bardzo wygodny.

Doświadczonym specjalistom obecny stan rzeczy wcale nie przeszkadza. Dlaczego miałby im przeszkadzać? Nie grozi im żadna konkurencja, nie ma ryzyka, że ktoś zastąpi ich tańszą siłą roboczą w szpitalach publicznych , do tego pacjenci i tak przyjdą do ich prywatnych gabinetów, płacąc każdą zażądaną kwotę za ominięcie kilkuletniej kolejki w NFZ.

Ich pozycja negocjacyjna wobec rządu jest absolutna. To właśnie to środowisko – doskonale świadome swojej wyjątkowości i bezkarności – skutecznie zablokuje każdą próbę głębszej reformy, która wymagałaby od niego jakichkolwiek ustępstw.

Historia już to zresztą przerabiała. Doskonale pamiętam spektakularny pokaz siły Porozumienia Zielonogórskiego. Wystarczył miesiąc zamkniętych przychodni i paraliżu podstawowej opieki zdrowotnej, by spanikowany rząd na kolanach wrócił do negocjacyjnego stołu i podpisał warunki podyktowane przez lekarzy.

Dopóki lekarz w Polsce będzie dobrem tak deficytowym i luksusowym, żadnej prawdziwej reformy nie będzie. Będziemy świadkami jedynie kolejnego pudrowania trupa – oczywiście kosztem zdrowia i pieniędzy pacjentów.


No chyba, że lekarzy w kamasze...

Profilaktyka nowotworowa: Jak codzienne wybory wpływają na nasze zdrowie?


 

Profilaktyka nowotworowa: Jak codzienne wybory wpływają na nasze zdrowie?

Nowotwory stanowią jedno z największych wyzwań współczesnej medycyny. Choć nie każdemu zachorowaniu da się zapobiec, specjaliści podkreślają, że nasze codzienne decyzje mają ogromne znaczenie. Według danych Cancer Research UKczterem na dziesięć przypadków raka (ok. 40%) można by zapobiec dzięki zmianie nawyków.

Co możemy kontrolować?

Niektóre czynniki sprzyjające rozwojowi choroby są całkowicie poza naszym wpływem – należą do nich przede wszystkim wiek oraz genetyka. Istnieje jednak obszar, w którym to my podejmujemy decyzje. Kluczową rolę w profilaktyce odgrywają:

  • Dieta – bogata w warzywa, owoce i błonnik.

  • Styl życia – w tym regularna aktywność fizyczna i unikanie używek.

Dwa kluczowe produkty do ograniczenia

Aby zmniejszyć ryzyko zachorowania, eksperci zalecają radykalne ograniczenie dwóch popularnych składników naszej diety:

  1. Alkohol – jego spożywanie jest bezpośrednio powiązane z podwyższonym ryzykiem wielu typów nowotworów.

  2. Przetworzone mięso – uznane przez Międzynarodową Agencję Badań nad Rakiem (IARC) za czynnik rakotwórczy.

Czym dokładnie jest przetworzone mięso? To produkty mięsne poddane procesom wędzenia, peklowania, solenia lub dodawania konserwantów w celu przedłużenia ich trwałości i poprawy smaku.

W codziennej diecie są to najczęściej: szynka, kiełbasy, parówki, hot dogi, pasztety oraz konserwy mięsne.

poniedziałek, 13 lipca 2026

Kościół wobec patriotyzmu i nacjonalizmu


 Kościół popiera patriotyzm rozumiany jako miłość do ojczyzny, ale połączoną z szacunkiem dla innych narodów i państw. Potępia natomiast nacjonalizm, ponieważ ten wynosi naród ponad człowieka, sumienie, moralność, a czasem nawet ponad Boga. Wtedy patriotyzm przestaje być cnotą, a staje się bałwochwalstwem.

Takie rozumienie miłości do ojczyzny nie jest żadnym wymysłem „lewactwa” ani współczesnej poprawności politycznej. Ma korzenie w nauczaniu św. Tomasza z Akwinu.

Przypominał o tym artykuł Katolickiej Agencji Informacyjnej już w 2019 roku. Tamte słowa tkwią we mnie do dziś.

71,3 procent Polaków deklaruje się jako katolicy. Tylko co właściwie oznacza ta deklaracja? Bo jeżeli ktoś należy do wspólnoty religijnej, to powinien przynajmniej próbować żyć zgodnie z jej zasadami, a nie wyciągać z chrześcijaństwa wyłącznie symbole, święta, procesje i narodowe sztandary.

Nie da się pogodzić Ewangelii z pogardą dla obcych. Nie da się głosić miłości bliźniego, a jednocześnie nienawidzić Ukraińców, Niemców, Żydów, migrantów czy kogokolwiek, kogo akurat wskaże polityczna propaganda. Nie da się klęczeć przed ołtarzem, a potem poniżać człowieka tylko dlatego, że urodził się po drugiej stronie granicy.

Dlatego pytam wprost: czy kapłani przestali skutecznie przekazywać wartości chrześcijańskie, czy też wiara większości Polaków jest już tylko pustą deklaracją? Katolicyzmem z metryki, tradycji i przyzwyczajenia, ale bez Ewangelii, bez miłości i bez chrześcijańskiego sumienia?

Czy po stronie duchownych często brakuje odwagi lub jasności, by głośno przypominać, że stawianie narodu ponad Boga i drugiego człowieka jest w chrześcijaństwie grzechem?


KAI

Kościół wobec patriotyzmu i nacjonalizmu

18 grudnia 2019 

 

Pojęcie „nacjonalizmu” powstaje w drugiej połowie XIX, a oznacza zazwyczaj egoistycznie rozumiany „interes narodowy”, w opozycji do innych narodów. Jego filozoficzną podbudowę stwarzał ówczesny darwinizm społeczny, charakteryzujący się pojmowaniem życia społecznego w kategoriach walki z innymi narodami jako motoru rozwoju.

1. Leon XIII. O obowiązkach chrześcijan jako obywateli” z 1890 r., potwierdzał potrzebę miłości ojczyzny ze strony każdego obywatela aż do gotowości oddania życia, ale podkreślał, że musi być to miłość wolna od nienawiści. Stawiał ją na równi i z miłością do Kościoła, jako ośrodka wyznaczającego zasadniczy katalog wartości życia społecznego.

2. Pius X. 11 kwietnia 1909 r. „Patriotyzm nie jest nienawiścią do innych narodów, lecz miłością, która zapewnia w naszym sercu pierwsze miejsce naszemu krajowi i naszym rodakom”.

3. Benedykt XV, którego pontyfikat przypadł na czasy I wojny światowej. Główną przyczynę wojny dostrzegał we wzajemnej nienawiści narodów i klas. Promował prawdę o powszechnym braterstwie ludów, która powinna być fundamentem pokoju. 

Krytyka idolatrii nacjonalistycznej.

4. Pius XI. 

•  W encyklice „Ubi arcano Dei” z 1922 r. przeciwstawiał się „niepochamowanym namiętnościom, ukrywającym się pod płaszczykiem dobra publicznego czy patriotyzmu, którym przypisać należy nienawiść i walkę pomiędzy narodami”. Krytykował „nieumiarkowaną narodu swego miłość”, ostrzegając, że „kto da jej się porwać, zapomina, że wszystkie narody jako część wielkiej rodziny ludzkości związane są węzłem braterstwa, i że także inne narody mają prawo do życia i do pomyślności”. Dodawał, że „sprawiedliwość wywyższa narody, a grzech czyni ludzi mizernymi”.

Potępienie faszyzmu i narodowego socjalizmu

• Pius XI ostro krytykował także włoski faszyzm, z którym Kościół był w sporze na terenie Włoch, a następnie rodzący się faszyzm niemiecki. Nacjonalistyczna ideologia włoskiego faszyzmu miała charakter laicki, a Mussolini stworzył go na gruncie filozofii uznającej za najwyższą wartość silne i autorytarne państwo. Charakteryzowała go pogarda dla demokracji, niechęć wobec marksizmu, idea solidaryzmu społecznego, antysemityzm i poparcie idei państwowego elitaryzmu. Pius XI traktował tę nową ideologię jako rodzaj bałwochwalstwa i napiętnował ją w encyklice o Akcji Katolickiej: „Non abbiamo bisogno” z 1931 r. Analogiczne, w kolejnej swej encyklice „Caritate Christi compulsi” krytykował „wybujały patriotyzm i przesadny nacjonalizm”, ostrzegając przed wynikającą zeń „śmiertelną nienawiścią jednych przeciwko drugim”.

Znacznie dalej szła niemiecka ideologia narodowego socjalizmu, w której naród (postrzegany na dodatek przez pryzmat rasy) był wartością nadrzędną, uznając za jedyne prawo to, co jemu przynosi pożytek. Nazistowski kult siły w połączeniu z ostrym antysemityzmem prowadził do pogardy wobec chrześcijaństwa jako religii słabych, opartej na wątkach semickich. Absolutyzując ideę wielkiego narodu, w Trzeciej Rzeszy wychowanie narodowe przeciwstawiano wychowaniu religijnemu.

Pius XI zdecydowanie odrzucił tę ideologię. W swej słynnej encyklice „Mit brennender Sorge. O położeniu Kościoła katolickiego w Rzeszy Niemieckiej” z 1937 stwierdził, że ten „kto wynosi ponad skalę wartości ziemskich rasę albo naród, albo państwo albo inne podstawowe wartości ludzkiej społeczności, które w porządku doczesnym zajmują istotne i czcigodne miejsce i czyni z nich najwyższą normę wszelkich wartości, także religijnych, i oddaje im cześć bałwochwalczą, ten przewraca i fałszuje porządek rzeczy stworzony i ustanowiony przez Boga – Człowieka i daleki jest od prawdziwej wiary w Boga i od światopoglądu odpowiadającego takiej wierze”. Wyjaśniał, że „ten kto idąc za wierzeniami starogermańsko-przedchrześcijańskimi, na miejsce Boga osobowego stawia różne nieosobowe fatum, ten przeczy mądrości Bożej i Opatrzności i taki człowiek nie może sobie rościć prawa, by go zaliczać do wierzących w Boga”. Przypominał, że „Bóg dał swe przykazania jako najwyższy władca i mają one znaczenie niezależnie od czasu i przestrzeni, kraju i rasy”.

5. Pius XII.Pius XII w encyklice „Summi pontificatus” ogłoszonej 20 października 1939 r. zaraz po wybuchu wojny, zdecydowanie krytykował państwową idolatrię, wyjaśniając, że „ideologia przypisująca państwu władzę prawie nieograniczoną staje się błędem zgubnym nie tylko dla wewnętrznego życia narodów, dla ich dobrobytu i moralnego rozwoju, ale także szkodzi wzajemnym stosunkom narodów, gdyż rozrywa łączność, jaka powinna istnieć między państwami, pozbawia siły i trwałości prawo narodów, otwiera drogę do gwałcenia praw drugiego i utrudnia wszelkie porozumienie i pokojowe współżycie”.

Próby chrystianizacji nacjonalizmu

Ruch nacjonalistyczny inaczej kształtował się jednak w takich tradycyjnie katolickich krajach jak Polska czy Hiszpania, choć i tam skrajne jego przejawy budziły obawy hierarchii kościelnej. Warto zauważyć, że liderzy idei narodowej w tych krajach ulegali z biegiem czasu stopniowej „katolicyzacji”.

Najlepszym dowodem jest ewolucja myślenia Romana Dmowskiego – przywódcy polskiego obozu narodowego. Młody Dmowski w książce „Myśli nowoczesnego Polaka” z 1908 r., odwołując się do idei politycznego darwinizmu, pisał, że stosunek jednostki do narodu winien pozostawać poza sferą etyki chrześcijańskiej i opierać się winien na zasadzie „egoizmu narodowego”. Ale w 20 lat później w broszurze: „Kościół, naród, państwo” Dmowski stwierdził, że „katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, zabarwieniem jej na pewien sposób, ale tkwi w jej istocie”. Dodawał, że „usiłowanie oddzielenia u nas katolicyzmu od polskości, oderwania narodu od religii i od Kościoła jest niszczeniem samej istoty narodu”. Polski ruch narodowy przyjmował stopniowo katolicki charakter i pod takimi sztandarami starał się występować. Jako jedno ze swych zadań Stronnictwo Narodowe (utworzone w 1928 r.) postulowało „budowę katolickiego państwa narodu polskiego”.


Rodziło to z kolei tendencję do instrumentalizacji Kościoła, w szczególności przez pokolenie młodych endeków, gromadzących się w Młodzieży Wszechpolskiej, a później w ruchach narodowo-radykalnych. W 1933 r. w ramach SN wyodrębnił się Związek Młodych Narodowców, a rok później Obóz Narodowo-Radykalny. Deklarowano, że ONR „stoi na gruncie zasad katolickich” a przyszły ustrój społeczny i gospodarczy ma być oparty na podstawie moralności katolickiej. Jednocześnie cechował go poważny antysemityzm, czego dowodem był m. in. postulat odebrania praw obywatelskich Żydom.

W naturalny sposób budziło to obawy części hierarchii z prymasem Augustem Hlondem na czele, która w takim myśleniu dostrzegała zagrożenie. Do ostrego sporu między prymasem a Młodzieżą Wszechpolską doszło przy organizacji pielgrzymek akademickich na Jasną Górę. połączonych ze ślubowaniami w 1936 r. Chodziło wówczas o próbę instrumentalizacji i przejęcia tych pielgrzymek – organizowanych przez Kościół – pod sztandary młodzieżowych organizacji narodowych.

Przewidując wspomniane spory w Polsce Pius XI, doskonale znając tutejsze realia, gdyż jako abp Achille Ratti był tu nuncjuszem, krytycznie patrzył na związki dużej części duchownych z Narodową Demokracją. To właśnie m.in. dlatego wypromował na urząd prymasa Polski Augusta Hlonda, który ze zdecydowanym dystansem odnosił się do wszelkich tendencji nacjonalistycznych w Polsce.

W Hiszpanii z kolei w latach trzydziestych XX wieku wśród tamtejszych nacjonalistów narodziła się idea „obrony hiszpańskości” promująca swoisty narodowy mesjanizm i stwierdzająca, że naród hiszpański powstał „właśnie po to, aby nieść światu znak krzyża”. Przedstawiciele tego nurtu określali Hiszpanię mianem „nowożytnego Izraela”, wyjaśniając, że „misja ludów hiszpańskich polega na nauczaniu wszystkich ludów ziemi, że mogą zostać zbawieni i że ten zaszczyt zależy tylko od ich wiary i woli” (Defensa de la Hispanidad, 1931). Do idei tych nawiązywał później gen. Francisco Franco.

O Europę bez nacjonalizmów

II wojna światowa wraz z holokaustem ujawniła dramatyczne i destrukcyjne oblicze nacjonalizmów. Dlatego twórcy powojennej Europy starali się ze wszystkich sił je przezwyciężać drogą budowy nowego europejskiego ładu, co znalazło silne poparcie ze strony Stolicy Apostolskiej.

Papież Pius XII, gdy rozpoczynano budowę nowej architektury stosunków międzynarodowych w oparciu o ideę zjednoczonej Europy, twierdził, że narody Europy nie powinny wracać do modelu państwa, które jest zamknięte w sobie. Wskazywał, że idea państwa nacjonalistycznego stanowić może zagrożenie dla pozostałych narodów oraz dla pokoju w Europie. Dlatego zdecydowanie popierał ideę integracji Europy, formułowaną wówczas przez znamienitych katolików: Roberta Schumanna, Konrada Adenauera czy Alcide de Gasperiego. Po powstaniu Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali w 1952 r. papież podkreślał, że „instytucja wspólnoty narodów  będąca przedmiotem usilnych dążeń, stanowi przejście od niższego do wyższego, tj. od wielości suwerennych państw do możliwie największego zjednoczenia”.

Sobór Watykański II

Sobór Watykański II w swym nauczaniu społecznym wyrastającym z chrześcijańskiego personalizmu, zdecydowanie wspierał idee uniwersalizmu katolickiego, wolności religijnej, pluralizmu, zasadę godności osoby ludzkiej oraz koncepcję autonomii wspólnoty religijnej i politycznej. Przestrzegał też przed pokusą instrumentalnego wykorzystania Kościoła do realizacji określonych celów politycznych.

Sobór, promując w swym nauczaniu ideę powszechnych praw człowieka, wskazywał na liczne ich zagrożenia. Konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym „Gaudium et spes”, stwierdza, że „wszelka dyskryminacja w zakresie fundamentalnych praw osobowych, czy to społeczna, czy kulturalna z powodu płci, rasy, koloru skóry, pozycji społecznej, języka czy religii, powinna być przezwyciężona i zlikwidowana jako sprzeczna z zamysłem Bożym” 

Taka wizja obecności Kościoła w świecie współczesnym stanęła w opozycji do wysuwanych wcześniej przez środowiska narodowe, nawet te najbardziej katolickie – idei budowy „katolickiej partii”, „katolickiego narodu” czy „katolickiego państwa” w oparciu o sojusz Kościoła z ruchami nacjonalistycznymi.

Jan XXIII w swej najważniejszej encyklice „Pacem in terris” apelował o obecność w porządku międzynarodowym zasad takich jak: prawda, sprawiedliwość, solidarność, wolność i miłość, w świetle których wszystkie narody są równe i suwerenne. „Powstające spory, wzajemne uprzedzenia czy wrogość między narodami – zdaniem papieża Roncallego – należy rozwiązywać nie zbrojnie, lecz na drodze dialogu, porozumień i układów”. Przypominał, że jakiekolwiek „dobro narodowe” nie może być oddzielone od „dobra wspólnego” całej wspólnoty ludzkiej.

Nowością wniesioną do nauczania społecznego Kościoła przez Jana XXIII było upomnienie się o prawa mniejszości narodowych żyjących w ramach poszczególnych państw. W tej samej encyklice ostrzegał, że ”wszelka działalność skierowana przeciwko tym grupom narodowościowym, a mająca na celu ograniczanie ich siły i rozwoju, jest poważnym pogwałceniem obowiązków sprawiedliwości” (94). Jednocześnie upominał się o pomoc dla uchodźców politycznych i emigrantów.

Z kolei Paweł VI w encyklice „Populorum Progressio” z 1967 r. apelując o powszechne braterstwo ludów podkreślał, że największą przeszkodą jest „przecenianie własnego narodu jak i kult własnej rasy”. Żywił nadzieję, że „wzajemne uprzedzenia narodów i ich egoizm zostaną z czasem przezwyciężone przez silniej odczuwaną chęć współpracy i żywsze poczucie solidarności” (64).

Wkład Jana Pawła II

Koncepcję personalizmu opartą na idei godności osoby ludzkiej rozwinął szczególnie Jan Paweł II. A odnoście narodu podkreślał, że należy „odrzucić koncepcje i praktyki  które traktują naród i państwo jako rzeczywistość samoistną i stawiają je ponad wszelkimi innymi wartościami” (Orędzie na Światowy Dzień Pokoju z 2000 r.). Źródło niebezpieczeństw jakie rodzi nacjonalizm dostrzegał w błędnej koncepcji osoby ludzkiej oraz związanego z nią fałszywego rozumienia ludzkiej wolności. Przeciwstawiał więc nacjonalizmowi pojęcie patriotyzmu, traktując ten drugi jako naturalną miłość do ojczyzny. Ale podkreślał, że winna ona wiązać się z akceptacją innej tożsamości mniejszości narodowych.

Jan Paweł II przeciwstawiając się nacjonalizmowi, jednocześnie podkreślał znaczenie wspólnoty i suwerenności narodowej. Był chyba pierwszym papieżem, który tak silnie podkreślał potrzebę obrony suwerenności poszczególnych narodów. Naród ujmował jako absolutnie niezbędny element zarówno do kształtowania jak i zachowania tożsamości kulturowej człowieka. W swym paryskim przemówieniu w siedzibie UNESCO z 1980 r. przypomniał, że „naród jest tą wielką wspólnotą ludzi, których łączą różne spoiwa, ale nade wszystko kultura”. Z kolei w wystąpieniu do Zgromadzenia Ogólnego ONZ w Nowym Jorku 5 października 1995 r. tłumaczył, że „należy ukazać zasadniczą różnicę, jaka istnieje między szaleńczym nacjonalizmem, głoszącym pogardę dla innych narodów i kultur, a patriotyzmem, który jest godziwą miłością do własnej ojczyzny”. Wyjaśniał, że „nacjonalizm, zwłaszcza w swoich bardziej radykalnych postaciach, stanowi antytezę prawdziwego patriotyzmu i dlatego dziś nie możemy dopuścić, aby skrajny nacjonalizm rodził nowe formy totalitarnych aberracji”. Wyjaśnił ponadto, że „to zadanie pozostaje w mocy także wówczas, gdy fundamentem nacjonalizmu jest zasada religijna, jak to się niestety dzieje w przypadku pewnych form tzw. fundamentalizmu” .

A u progu nowego tysiąclecia ostrzegał, że „w ostatnich dziesięcioleciach, w których jesteśmy świadkami postępów globalizacji i niepokojącego zjawiska odradzania się agresywnych nacjonalizmów, przemocy na tle etnicznym i rozpowszechnionej dyskryminacji rasowej, godność człowieka bywa bardzo poważnie zagrożona” (Anioł Pański, 26 sierpnia 2001).

Polskość Jan Paweł II pojmował bardziej w kontekście kulturowym niż etnicznym. „Jestem synem narodu, który przetrwał najstraszliwsze doświadczenia dziejów, którego sąsiedzi wielokrotnie skazywali na śmierć, a on pozostał przy życiu i pozostał sobą. Zachował własną tożsamość i zachował pośród rozbiorów i okupacji własną suwerenność jako naród – nie biorąc za podstawę przetrwania jakichkolwiek innych środków fizycznej potęgi jak tylko własna kultura, która się okazała w tym przypadku potęgą większą od tamtych potęg” – mówił w UNESCO w 1980 r.

Z kolei na kartach swej książki „Pamięć i tożsamość” podkreślał, że „Polskość to w gruncie rzeczy wielość i pluralizm, a nie ciasnota i zamknięcie”, dodając, że bliski jest mu „jagielloński” wymiar polskości, rozumianej jako wieloetniczny twór narodowy. Krytykował więc nacjonalizm, gdyż „uznaje tylko dobro własnego narodu i tylko do niego dąży, nie licząc się z prawami innych”. Przeciwstawiał temu pojęcie patriotyzmu, który w odróżnieniu od nacjonalizmu, „przyznaje wszystkim innym narodom takie same prawo jak własnemu, a zatem jest drogą do uporządkowania miłości społecznej”.

Z chrześcijańskiego personalizmu wyrastało także pojmowanie patriotyzmu przez kard. Stefana Wyszyńskiego. Ujmował on naród jako jedną z najbardziej podstawowych wspólnot, w których kształtuje się tożsamość człowieka. Miłość do własnego narodu łączył z poważną refleksją teologiczną na temat. Był twórcą oryginalnej koncepcji „teologii narodu”. Koncepcja ta wychodzi z założenia, że naród jest wspólnotą naturalną, równie naturalną co rodzina, co więcej, że jest doczesnym nośnikiem pewnych wartości nadprzyrodzonych.

Wzywał więc do moralnego odrodzenia narodu, czemu miała służyć m.in. Wielka Nowenna i Jasnogórskie Śluby Narodu. Towarzyszyła temu nadzieja – obecna zresztą w polskim myśleniu od czasów wileńskich filomatów – zakładająca, że odrodzenie moralne narodu i zawierzenie Bogu służyć będą w dalszej konsekwencji odzyskaniu utraconej niepodległości.

Jednocześnie kard. Wyszyński wyraźnie odróżniał właściwy patriotyzm od „patriotyzmu wypaczonego”. Z jego inicjatywy polski Episkopat wydał w 1972 r. „List o chrześcijańskim patriotyzmie”, w którym biskupi przypominają, że miłość do własnego narodu musi być wolna od nienawiści do innych, gdyż „nienawiść – to siła rozkładowa, która prowadzi do choroby i zwyrodnienia dobrze pojętego patriotyzmu”. A nawiązując do najnowszej historii biskupi konstatują, że „nasze czasy obficie dostarczyły nam odstraszających przykładów wypaczonego patriotyzmu w postaci rasizmu, różnego rodzaju samolubnych szowinizmu i schorzałych nacjonalizmów”.

Wobec odradzania się postaw nacjonalistycznych w Polsce

Kościół w Polsce, wobec odradzania się ruchów nacjonalistycznych, zmuszony jest w ostatnim okresie często zabierać na ten temat głos. W trakcie obchodów 1050. rocznicy Chrztu Polski 3 maja 2016 r. na Jasnej Górze abp Stanisław Gądecki ostrzegał przed błędnym pojmowaniem patriotyzmu. Apelował, aby naturalna i pozytywna miłość do narodu i wyczulenie na potrzebę obrony ojczyzny nie wyrodziły się w nacjonalizm.

A po odprawieniu przez ks. Jacka Międlara Mszy św. dla członków Obozu Radykalno-Narodowego 19 kwietnia 2016 r. w Białymstoku, przypomniał, że nie powinno mieć miejsca „wykorzystywanie świątyń do głoszenia poglądów obcych wierze chrześcijańskiej”.

Następnym krokiem Episkopatu było powierzenie dogłębnej analizy tej kwestii Radzie ds. Społecznych KEP, której przewodniczy abp Józef Kupny, metropolita wrocławski. Owocem jej pracy był list społeczny z kwietnia 2017 r. pt. „Chrześcijański kształt patriotyzmu”. Po raz kolejny, w odniesieniu do aktualnych wyzwań dokonano tam rozróżnienia pomiędzy patriotyzmem jako zjawiskiem pozytywnym i pożądanym, a nacjonalizmem opartym na egoizmie narodowym, który pozostaje w sprzeczności z chrześcijaństwem.

Autorzy listu stwierdzają, że „za niedopuszczalne i bałwochwalcze należy uznać wszelkie próby podnoszenia własnego narodu do rangi absolutu czy też szukanie chrześcijańskiego uzasadnienia dla szerzenia narodowych konfliktów i waśni. Miłość do własnej ojczyzny nigdy bowiem nie może być usprawiedliwieniem dla pogardy, agresji oraz przemocy”.

Konstatują, że „nacjonalizm, zwłaszcza w swych radykalnych postaciach, stanowi antytezę prawdziwego patriotyzmu”. W nawiązaniu do nauczania Jana Pawła II wyjaśniają, że „należy ukazać zasadniczą różnicę jaka istnieje między szaleńczym nacjonalizmem, głoszącym pogardę dla innych narodów i kultur, a patriotyzmem, który jest godziwą miłością do własnej ojczyzny”. Przypominają, że „prawdziwy patriota nie zabiega nigdy o dobro własnego narodu kosztem innych”.

Wyjaśniają ponadto, że „patriotyzm nie narzuca też sztywnego ideologicznego formatu kulturowego, tym bardziej politycznego”. Dlatego promują rozumienie patriotyzmu w szerszym kontekście jako patriotyzm obywatelski, który „obejmuje wszystkich obywateli kraju, a nie tylko jedną grupę etniczną”.

Czynią też rozróżnienie o kapitalnym znaczeniu, ukazując dwa równoległe nurty myślenia na ten temat obecne w polskiej historii. „Przeplatają się w niej dwa nurty: nurt polskości rdzennej, etnicznej i nurt polskości kulturowej”. Opowiadając się zdecydowanie za tym drugim, przypominają o cennej spuściźnie wielokulturowej dawnej Rzeczypospolitej, a w szczególności nawiązują do „polskości epoki jagiellońskiej”, która była tak bliska Janowi Pawłowi II. W ślad za nim przypominają, że „pozwoliła ona na utworzenie Rzeczypospolitej wielu narodów, wielu kultur, wielu religii”.

Przypominają zarazem, że „pod polskim niebem i na polskiej ziemi obok siebie żyli, zabiegali o powszedni chleb, modlili się, tworzyli własny obyczaj i kulturę katolicy różnych obrządków, prawosławni, protestanci, żydzi i muzułmanie”. Wskazują też, że w czasach, gdy Europę trawiły wojny i prześladowania religijne, Rzeczpospolita pozostawała ostoją gościnności i tolerancji”. I to właśnie „dzięki temu ukształtował się w polskiej kulturze model patriotyzmu gościnnego, włączającego, inspirującego się dorobkiem sąsiadów i całej chrześcijańskiej europejskiej kultury”. Był to patriotyzm otwarty, dzięki któremu „Polakami stawali się ci, którzy Polakami zostać chcieli, bez względu na swoje pochodzenie”.

Ważnym wątkiem dokumentu jest ukazanie, że patriotyzm, szczególnie dziś, winien inspirować nas do tego, abyśmy „kultywując pamięć o naszych ofiarach i cierpieniach, próbowali uwolnić ją od paraliżującego bólu, poczucia krzywdy, a czasem wrogości”. Dlatego tak istotna jest „droga przebaczenia i pojednania”. W tym momencie odwołują się do przesłania Franciszka z jego wizyty w Polsce w 2016 r., kiedy przypominał on o inspirowanym przez Kościół procesie pojednania polsko-niemieckiego, czy nawet także polsko-rosyjskiego – poprzez wspólną deklarację polskiego Episkopatu z Rosyjskim Kościołem Prawosławnym, z sierpnia 2012 r.

Biskupi z troską zwracają też uwagę, że szczególnie w sytuacji z jaką mamy do czynienia dziś w Polsce, czyli „głębokiego sporu politycznego, jaki dzieli dziś naszą ojczyznę, patriotycznym obowiązkiem wydaje się też angażowanie się w dzieło społecznego pojednania – poprzez przypominanie prawdy o godności każdego człowieka, łagodzenie nadmiernych politycznych emocji, wskazywanie i poszerzanie pół możliwej i niezbędnej dla Polski współpracy ponad podziałami oraz ochronę życia publicznego przed zbytnim upolitycznianiem”.

Przyznają, że potrzebna jest w Polsce dziś „refleksja nad językiem”, gdyż „miarą chrześcijańskiej i patriotycznej wrażliwości staje się wyrażanie własnych opinii z szacunkiem dla – także inaczej myślących – współobywateli w duchu życzliwości i odpowiedzialności, bez uproszczeń i krzywdzących porównań”.

Przed Dniem Judaizmu

Przewodniczący Konferencji Episkopatu powrócił do tego tematu 17 stycznia 2018 r. w związku z przypadającym wówczas Dniem Judaizmu. Analizując wiele nurtów nacjonalizmu dokonał tam typologii różnych jego postaci. Wśród nich wyróżnił: nacjonalizm integralny, nacjonalizm chrześcijański, nacjonalizm laicki, nacjonalizm neopogański a wreszcie szowinizm. Dostrzegając ich różnorodność skonstatował, że każdy z tych rodzajów nacjonalizmu wskazuje na wspólną im cechę, a jest nią przekonanie, że „naród jest najwyższym dobrem”.

Przywołał też tezę o. Józefa Marii Bocheńskiego OP, który pisze: „Każdy nacjonalizm zawiera w sobie dwa twierdzenia: po pierwsze, że dany naród jest rodzajem absolutu, bóstwa stojącego ponad wszystkim, a więc także ponad jednostką, która winna wszystko dla niego poświęcić; po drugie, że dany naród jest czymś lepszym, godniejszym, bardziej wartościowym niż inne narody. Tymczasem naród jest tylko jedną z licznych grup, do których człowiek należy. Bo każdy człowiek jest przecież najpierw członkiem swojej rodziny, dalej regionu, grupy zawodowej, klasy. Poza granice narodu sięga jego przynależność do wspólnot kulturowych i religijnych” (J. M. Bocheński, „Sto zabobonów”, Kraków 1992, 89-90).

Wobec uchodźców

30 czerwca 2016 r. przedstawiciele Kościoła katolickiego oraz Kościołów zrzeszonych w Polskiej Radzie Ekumenicznej podpisali i ogłosili „Wspólne Przesłanie Kościołów w Polsce w sprawie uchodźców”. Przypomnieli, że „obowiązki chrześcijan w tym zakresie wynikają z Objawienia Bożego i Tradycji, a zadaniem Kościołów jest wychowywanie serc, które przez konkretne czyny miłosierdzia przyjdą z pomocą cierpiącym, tym, którzy uciekają przed wojną, prześladowaniami i śmiercią”.

W dokumencie przypomniano, że „nasz kraj wiele razy stawał się schronieniem dla tych, którzy musieli uciekać przed prześladowaniami. W czasach Jagiellonów nasze ziemie zasłynęły z gościnności. Po upadku niepodległości także Polacy mogli jej doświadczyć w innych krajach. W latach 80. ubiegłego stulecia pomocy udzieliły nam kraje Europy Zachodniej. Dekadę później polskiej gościnności mogli doświadczyć Białorusini, Ukraińcy i Czeczeni. Jej podtrzymywanie i wychowywanie do niej powinno być wyrazem chrześcijańskiej wrażliwości i narodowej tradycji”. A całe przesłanie wieńczyły słowa: „Ufamy, że Bóg da nam światłe oczy serca, abyśmy z ewangeliczną miłością sprostali wezwaniu Chrystusa: „Byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie” (Mt 25,35).

Dlatego też, mimo, że władze Polski zdecydowały o nie przyjmowaniu uchodźców z Bliskiego Wschodu czy Afryki, Kościół wysunął ideę korytarzy humanitarnych, która to idea skutecznie jest realizowana np. we Włoszech. Dotąd nie ma zgody na to ze strony władz, ale dyskusja wciąż się toczy.

Pielgrzymki narodowców

Od 2013 r. problemem stały się coroczne Pielgrzymki Środowisk Narodowych na Jasną Górę, organizowane przez Młodzież Wszechpolską, ONR, Ruch Narodowy i Związek Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych. Budzą one wiele emocji, gdyż oprócz emblematów religijnych pojawiają się tam na transparentach hasła typu: „Nie czerwona, nie tęczowa, tylko Polska narodowa!”, „Nie ma litości dla wrogów polskości!”, „Raz sierpem, raz młotem w czerwoną hołotę”, itp.

W czerwcu 2018 r. zabrała głos na ten temat Rada Konferencji Episkopatu Polski ds. Migracji, Turystyki i Pielgrzymek wydając dokument: „Być pielgrzymem pokoju”. „Sanktuaria nie mogą być miejscem manifestowania nienawiści względem grup politycznych, społecznych lub etnicznych” – czytamy. Rada zaznacza też, że głoszone często podczas pielgrzymek „tzw. kazania patriotyczne nie mogą sprawiać wrażenia przemówień ideologicznych na usługach pielgrzymującej grupy”.

Rada Episkopatu przypomina, że „elementy patriotyczne (flagi narodowe, sztandary kombatanckie, stroje uczestników) nie są czymś niewłaściwym podczas liturgii, jednak pod warunkiem, że nie wywołują wzburzenia i sporów ideologicznych”. Podkreśla też, że „w przestrzeni świętej nie ma miejsca na symbole grup wzbudzających spory w społeczeństwie i doprowadzających do podziału wspólnoty Kościoła”.

Chińskiej ekspansji motoryzacyjnej w Europie nie da się już zatrzymać


 

Chińskiej ekspansji motoryzacyjnej w Europie nie da się już zatrzymać

Chińska ekspansja na europejskim rynku motoryzacyjnym stała się faktem. Nie da się jej już zatrzymać, ale można ograniczyć jej skalę, zmniejszyć uzależnienie Europy od chińskich technologii i stworzyć uczciwsze warunki konkurencji. Dla Polski jest to szczególnie ważne, ponieważ osłabienie europejskiej motoryzacji może z opóźnieniem uderzyć w zatrudnienie w krajowych fabrykach części i komponentów.

Według danych przedstawionych w raporcie w 2025 roku europejski przemysł stracił na rzecz chińskiej konkurencji 87 mld euro wartości dodanej. Polska gospodarka miała pośrednio utracić 11,4 mld euro, a produkcja części motoryzacyjnych w naszym kraju spadła w tym czasie o 11,8 proc.

Skutki dla rynku pracy nie muszą być widoczne natychmiast. Branża motoryzacyjna zwykle reaguje z opóźnieniem. Najpierw przedsiębiorstwa skracają zmiany, ograniczają nadgodziny, zamrażają rekrutacje i odkładają inwestycje. Dopiero później podejmują decyzje o zwolnieniach. Istnieje więc poważne ryzyko, że spadek produkcji części przełoży się w kolejnych miesiącach na redukcję zatrudnienia.

Polska odczuwa chińską presję pośrednio

Polski przemysł motoryzacyjny jest silnie włączony w europejskie łańcuchy dostaw. Wiele zakładów produkuje komponenty, układy elektroniczne, elementy karoserii, fotele, wiązki przewodów i inne podzespoły dla dużych koncernów z Europy Zachodniej i Azji.

Jeżeli niemiecki, francuski czy japoński producent ogranicza produkcję w Europie, ponieważ przegrywa walkę cenową z samochodami z Chin, polski dostawca szybko odczuwa to w portfelu zamówień. Rykoszetem dostają również firmy logistyczne, narzędziowe, inżynieryjne oraz małe lokalne przedsiębiorstwa współpracujące z zakładami motoryzacyjnymi.

Same cła nie wystarczą

Unijne cła wyrównawcze na subsydiowane samochody z Chin dotyczą przede wszystkim bateryjnych samochodów elektrycznych, czyli BEV. Mechanizm nie obejmuje jednak samochodów spalinowych, zwykłych hybryd ani większości hybryd plug-in.

Chińscy producenci mogą więc przesuwać ofertę w kierunku pojazdów nieobjętych dodatkowymi opłatami. Mogą również lokować końcowy montaż poza Chinami, zachowując kontrolę nad najważniejszymi elementami łańcucha wartości: bateriami, elektroniką, oprogramowaniem, komponentami oraz surowcami krytycznymi.

Dla europejskich producentów oznacza to dalszą presję cenową. Dla dostawców części — ryzyko stopniowego wypierania europejskich komponentów przez tańsze elementy sprowadzane z Azji.

Nierówne warunki konkurencji

Europejskie firmy konkurują z chińskimi producentami na nierównych zasadach. Za ekspansją Chin stoi bowiem cały system zbudowany i wspierany przez państwo: wieloletnie planowanie przemysłowe, subsydia, preferencyjne kredyty, pomoc władz lokalnych, niższe koszty energii, kontrola nad surowcami krytycznymi, ogromny rynek wewnętrzny oraz możliwość utrzymywania nadprodukcji mimo niewielkich marż.

Chińscy dostawcy komponentów zwiększyli w ostatnich latach inwestycje o około 57 proc., do 115 mld dolarów rocznie. Tymczasem europejskie firmy utrzymywały swoje nakłady na niemal niezmienionym poziomie 42–43 mld dolarów.

Chińczycy wygrywają więc z Europą nie tylko możliwościami finansowania rozwoju technologicznego. Europejski przemysł działa również w znacznie trudniejszym otoczeniu regulacyjnym. Firmy w Unii Europejskiej muszą jednocześnie finansować transformację technologiczną, spełniać coraz ostrzejsze normy środowiskowe, mierzyć się z wysokimi cenami energii i utrzymywać produkcję w regionie o znacznie wyższych kosztach pracy.

Historyczny błąd Europy

Historycznym błędem Europy było przekonanie, że sama otwartość rynku wystarczy do utrzymania przewagi konkurencyjnej. Przez wiele lat europejskie elity gospodarcze zakładały, że Chiny pozostaną przede wszystkim zapleczem produkcyjnym, podczas gdy Europa zachowa technologie, marki, projektowanie i produkcję najbardziej zaawansowanych komponentów, czyli tych obszarów, w których powstaje największa wartość dodana.

Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Chiny nie zatrzymały się na etapie montowni. Zdobyły kompetencje w projektowaniu, produkcji baterii, elektronice, oprogramowaniu oraz elektromobilności.

Europa zbyt długo prowadziła jednocześnie politykę klimatyczną skoncentrowaną na kształtowaniu popytu, a nie na budowaniu własnej podaży. W praktyce wspieraliśmy zakup zielonych technologii produkowanych za granicą, nie dbając dostatecznie o to, aby produkcja, wartość dodana, wiedza techniczna i miejsca pracy pozostawały w Europie.

Nie izolacja, lecz obrona własnego przemysłu

Całkowite zatrzymanie chińskiej ekspansji jest dziś nierealne. Chiny stały się zbyt dużym i ważnym graczem, aby Europa mogła się od nich po prostu odciąć. Możemy jednak ograniczyć skalę uzależnienia i odbudować warunki uczciwej konkurencji.

Odpowiedzią nie powinien być chaotyczny protekcjonizm, lecz sprawnie uruchamiane instrumenty ochrony handlu, realna kontrola subsydiów w całym łańcuchu wartości, przeciwdziałanie obchodzeniu ceł oraz egzekwowanie tych samych norm wobec wszystkich uczestników rynku. Konieczna jest również zasada wzajemności w dostępie do rynku.

W zamówieniach publicznych, programach dopłat i europejskiej polityce przemysłowej premiowany powinien być realny europejski wkład: produkcja komponentów, baterii, elektroniki i oprogramowania.

Sam końcowy montaż samochodu w Europie nie wystarczy, jeśli wszystkie najważniejsze technologicznie elementy będą powstawały gdzie indziej. Kluczowe jest to, gdzie tworzona jest wartość dodana, gdzie znajdują się kompetencje oraz kto kontroluje technologię.

Polska musi wyjść z roli podwykonawcy

Dla Polski oznacza to konieczność stopniowego wychodzenia z roli wyłącznie taniego podwykonawcy. Naszym atutem pozostają silne zakłady produkcyjne, rozwinięte zaplecze dostawców, położenie w centrum europejskich łańcuchów dostaw oraz wieloletnie doświadczenie w eksporcie części.

Jeżeli jednak chcemy utrzymać produkcję i miejsca pracy, musimy przesuwać się wyżej w łańcuchu wartości: w stronę elektroniki, systemów wspierania kierowcy, oprogramowania, komponentów bateryjnych, regeneracji części, recyklingu surowców oraz zaawansowanych badań i rozwoju.

Chińskiej ekspansji nie da się już cofnąć. Można jednak zdecydować, czy Europa pozostanie jedynie rynkiem zbytu i miejscem końcowego montażu, czy też zachowa własne technologie, kompetencje przemysłowe i miliony miejsc pracy. Dla Polski ta decyzja może przesądzić o przyszłości jednej z najważniejszych gałęzi przemysłu.

czwartek, 9 lipca 2026

Geopolityczny teatr absurdu. Donald Trump handluje bezpieczeństwem Europy


Geopolityczny teatr absurdu. Donald Trump handluje bezpieczeństwem Europy

Trump najpierw miesiącami upokarzał europejskich sojuszników, wyzywał ich za zbyt niskie wydatki na obronność i sugerował, że Ameryka nie będzie bronić tych, którzy — jego zdaniem — „nie płacą”.

Potem stanął przed kamerami i zaczął opowiadać o „wielkiej jedności NATO”. Chwalił państwa członkowskie, mówił o wspólnocie, odpowiedzialności i sile Sojuszu.

A chwilę później znowu wyszedł z niego Trump w najczystszej postaci: człowiek, który bezpieczeństwo Europy traktuje jak żeton w kasynie. Ogłosił, że nadal rozważa wycofanie amerykańskich żołnierzy z Europy, a decyzję może uzależnić od negocjacji dotyczących Grenlandii oraz od spraw związanych z Iranem.

To jest obłęd.

Nie strategia. Nie twarda polityka. Nie „America First”. To polityczny szantaż uprawiany przez człowieka, który myli NATO z własnym folwarkiem, a bezpieczeństwo milionów ludzi z transakcją na rynku nieruchomości.

Raz mówi o jedności, za chwilę grozi rozpadem gwarancji bezpieczeństwa. Raz chwali sojuszników, za moment wystawia ich na sprzedaż. Raz udaje męża stanu, po chwili zachowuje się jak piroman stojący z zapałkami obok beczki prochu.

Polska musi mieć dobre relacje z USA. To oczywiste. Ale tylko polityczny samobójca może wierzyć, że nasze bezpieczeństwo wolno oprzeć na humorze Donalda Trumpa.

Bo jeśli obecność amerykańskich wojsk w Europie ma zależeć od Grenlandii, Iranu, osobistych obsesji i porannego nastroju jednego człowieka, to nie mamy do czynienia z przywództwem. Mamy do czynienia z imperialnym chaosem.

Kaligula chciał zrobić swojego konia konsulem, Neron podpalił Rzym, a Trump handluje bezpieczeństwem Europy w zamian za lodowiec. Facet jest totalnie nieprzewidywalny i niebezpieczny dla światowego ładu.

Jedwabne: Oficjalne ustalenia a anatomia historycznego zaprzeczenia


 

Jedwabne: Oficjalne ustalenia a anatomia historycznego zaprzeczenia

Sprawa zbrodni w Jedwabnem z 10 lipca 1941 roku od lat pozostaje jednym z najbardziej bolesnych punktów w polskiej debacie publicznej. Mimo jednoznacznych ustaleń prokuratorskich, w przestrzeni społecznej wciąż żywy jest rewizjonizm historyczny, określany mianem „kłamstwa jedwabieńskiego”.

Co wykazało śledztwo IPN?

W 2003 roku prokurator Radosław Ignatiew z białostockiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej sformułował oficjalne konkluzje śledztwa. Poparto je zeznaniami świadków oraz badaniami archeologicznymi i balistycznymi. Najważniejsze ustalenia wskazują, że:

  • Sprawcy i ofiary: Co najmniej 40 polskich mieszkańców miasteczka dokonało mordu na nie mniej niż 340 żydowskich sąsiadach (w tym kobietach i dzieciach). Ofiary zgromadzono na rynku, upokorzono pracami przymusowymi, a następnie spalono żywcem w stodole. W dwóch zbiorowych mogiłach odkryto szczątki 300–400 osób.

  • Rola Niemców: Niemcy ponoszą odpowiedzialność sensu largo – jako inspiratorzy, którzy dali przyzwolenie na zbrodnię i zagwarantowali Polakom bezkarność.

  • Brak śladów użycia broni: Badania balistyczne jednoznacznie wykluczyły, by 10 lipca 1941 roku pod stodołą strzelano. Odnalezione w okolicy łuski pochodziły z czasów I wojny światowej lub działań wojennych z 1945 roku (amunicja do karabinu MG 42, wprowadzonego dopiero w 1942 roku).

Argumenty zwolenników rewizji historii

Pomimo dowodów, środowiska narodowe i prawicowi politycy systematycznie umniejszają lub negują winę polskich sprawców, przerzucając odpowiedzialność wyłącznie na formacje niemieckie (Gestapo lub żandarmerię). Swoją narrację budują na kilku powtarzających się tezach:

  • Mit przymusu i niemieckich łusek: Twierdzi się, że Polacy działali wyłącznie pod groźbą śmierci, jako bierni wykonawcy rozkazów, na co dowodem miały być znalezione łuski (co obalili biegli).

  • Kwestia przerwanej ekshumacji: W 2001 roku, decyzją ówczesnego ministra sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego, przerwano prace archeologiczne z szacunku dla tradycji judaizmu (według której naruszenie szczątków to bezczeszczenie duszy). Negacjoniści wykorzystują ten fakt, twierdząc, że brak pełnego przekopania mogił uniemożliwia ustalenie faktycznej liczby ofiar i sprawców. Za punkt odniesienia biorą też zawyżoną liczbę 1600 ofiar podaną w książce Jana T. Grossa „Sąsiedzi”.

  • Podważanie wiarygodności świadków: Kluczowe zeznania (m.in. Szmula Wasersztajna) oraz powojenne procesy sprawców są odrzucane z argumentem, że były wymuszone torturami UB. Prokuratura IPN wykazała jednak, że brutalność ówczesnego śledztwa nie zmieniła istoty faktów.

  • Odwet za współpracę z Sowietami: Pogrom bywa usprawiedliwiany jako „spontaniczna reakcja” na rzekomą masową kolaborację Żydów z Armią Czerwoną w latach 1939–1941.

  • Zarzut „pedagogiki wstydu”: Zdaniem rewizjonistów, nagłaśnianie Jedwabnego służy celom politycznym, wymuszaniu reparacji oraz niszczeniu polskiego mitu narodowego o byciu wyłącznie ofiarą II wojny światowej.

Dlaczego prawda wciąż budzi opór?

Negowanie winy współmieszkańców wynika z głębokiej trudności z przyjęciem do wiadomości, że zwykli Polacy byli zdolni do tak potwornego bestialstwa. Godzi to w narodową dumę i poczucie martyrologii, przez co łatwiej jest szukać winnych po stronie niemieckiej lub sowieckiej.

Jak podkreślał naczelny rabin Polski Michael Schudrich, kwestionowanie faktów o Jedwabnem jest dla społeczności żydowskiej równie bolesne, jak dla Polaków kłamstwo katyńskie. Spór o Jedwabne nie jest więc wyłącznie debatą nad wydarzeniami sprzed dekad – to test na zdolność polskiego społeczeństwa do zmierzenia się z najtrudniejszą i najbardziej bolesną prawdą historyczną w imię szacunku i godnego upamiętnienia ofiar.

Taki sam mechanizm negacjonizmu wśród Polaków co do zbrodni dokonanej przez naszych rodaków w Jedwabnem działa wśród Ukraińców w sprawie ludobójstwa UPA na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej na Polakach.