Radość z nominacji kardynałów Grzegorza Rysia i Konrada Krajewskiego na chwilę uciszyła przekorę i szyderę, które zwykle we mnie mieszkają. Bo pojawiła się nadzieja, że kryzys katolicyzmu w Polsce, wykrakany przez ks. prof. Józefa Tischnera, może dobiega końca.
Po upadku komunizmu Tischner zauważył, że chrześcijaństwo coraz silniej ulega pokusie upolitycznienia. Opisywał zarówno uwodzenie Kościoła przez politykę, jak i jego coraz bardziej ostentacyjne wchodzenie w polityczne układy.
W ten sposób chrześcijaństwo zaczęło redukować się do roli siły politycznej.
Korzystanie z władzy — i sięganie po nią — rodziło poczucie siły. Tadeusz Rydzyk niemal urastał do rangi bóstwa, a liczba jego akolitów rosła.
Tischner pisał wprost: była to opcja duszpasterska, która przyspieszała sekularyzację w Polsce.
Dechrystianizacja, której próbowano przeciwdziałać poprzez polityczną walkę z liberalizmem, tylko się pogłębiała. Ewangelia dobra i wolności przestawała docierać do społeczeństwa.
A przecież Tischner twierdził, że liberalizm i katolicyzm nie są sobie wrogie — przeciwnie, muszą się uzupełniać:
- liberalizm: wolność, prawa człowieka, autonomia
- katolicyzm: istnienie obiektywnej prawdy moralnej
Można to streścić jednym zdaniem:
wolność musi być zakorzeniona w dobru — inaczej rodzi zło.
Tak jak kiedyś ograniczenie wolności rodziło stosy i narzędzia tortur Inkwizycji.
No dobrze… rozpędziłem się.
Jeszcze chwila i ogłoszę triumf katolicyzmu liberalnego.
Wyobraźmy sobie:
- akceptację kapłaństwa kobiet i zniesienie obowiązkowego celibatu
- uznanie prawa do antykoncepcji, eutanazji, rozwodu i zapłodnienia in vitro
- odejście od uznawania aktów homoseksualnych za grzech — a w konsekwencji także akceptację małżeństw jednopłciowych
Jeszcze niedawno za takie słowa płonęłoby się na stosie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz