niedziela, 29 marca 2026

Wolność musi być zakorzeniona w dobru — inaczej rodzi zło.


Radość z nominacji kardynałów Grzegorza Rysia i Konrada Krajewskiego na chwilę uciszyła przekorę i szyderę, które zwykle we mnie mieszkają. Bo pojawiła się nadzieja, że kryzys katolicyzmu w Polsce, wykrakany przez ks. prof. Józefa Tischnera, może dobiega końca.

Po upadku komunizmu Tischner zauważył, że chrześcijaństwo coraz silniej ulega pokusie upolitycznienia. Opisywał zarówno uwodzenie Kościoła przez politykę, jak i jego coraz bardziej ostentacyjne wchodzenie w polityczne układy.

W ten sposób chrześcijaństwo zaczęło redukować się do roli siły politycznej.

Korzystanie z władzy — i sięganie po nią — rodziło poczucie siły. Tadeusz Rydzyk niemal urastał do rangi bóstwa, a liczba jego akolitów rosła.

Tischner pisał wprost: była to opcja duszpasterska, która przyspieszała sekularyzację w Polsce.

Dechrystianizacja, której próbowano przeciwdziałać poprzez polityczną walkę z liberalizmem, tylko się pogłębiała. Ewangelia dobra i wolności przestawała docierać do społeczeństwa.

A przecież Tischner twierdził, że liberalizm i katolicyzm nie są sobie wrogie — przeciwnie, muszą się uzupełniać:

  • liberalizm: wolność, prawa człowieka, autonomia
  • katolicyzm: istnienie obiektywnej prawdy moralnej

Można to streścić jednym zdaniem:
wolność musi być zakorzeniona w dobru — inaczej rodzi zło.

Tak jak kiedyś ograniczenie wolności rodziło stosy i narzędzia tortur Inkwizycji.

No dobrze… rozpędziłem się.

Jeszcze chwila i ogłoszę triumf katolicyzmu liberalnego.

Wyobraźmy sobie:

  • akceptację kapłaństwa kobiet i zniesienie obowiązkowego celibatu
  • uznanie prawa do antykoncepcji, eutanazji, rozwodu i zapłodnienia in vitro
  • odejście od uznawania aktów homoseksualnych za grzech — a w konsekwencji także akceptację małżeństw jednopłciowych

Jeszcze niedawno za takie słowa płonęłoby się na stosie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz