wtorek, 28 lipca 2026

Wraca afera Epsteina. Polska sięga po francuskie akta


 

Wraca afera Epsteina. Polska sięga po francuskie akta

Polscy prokuratorzy skierowali do Francji europejski nakaz dochodzeniowy. Chcą uzyskać dokumentację i dowody zgromadzone podczas francuskiego śledztwa dotyczącego Jeana-Luca Brunela oraz innych osób współpracujących z nim i Jeffreyem Epsteinem.

 

W ubiegłym miesiącu polscy i francuscy śledczy spotkali się w siedzibie Eurojustu. Polski wniosek został już częściowo zrealizowany.

 

Brunel, wpływowy agent modelek oskarżany o dostarczanie Epsteinowi młodych kobiet, zmarł w 2022 roku we francuskim więzieniu. Znaleziono go powieszonego w celi, a jego śmierć uznano za samobójstwo. Do procesu nigdy więc nie doszło.

 

Teraz zmarła kolejna osoba łączona z otoczeniem Epsteina.

Daniel Siad, 69-letni łowca modelek, został znaleziony 20 lipca w swoim domu w Colombes pod Paryżem. Jego nazwisko pojawiało się niemal dwa tysiące razy w ujawnionych aktach Epsteina. Siada podejrzewano o wyszukiwanie kobiet i dziewcząt pod pretekstem oferowania im pracy w modelingu. On sam zaprzeczał oskarżeniom i twierdził, że jego kontakty z Epsteinem miały wyłącznie zawodowy charakter.

Sekcja zwłok nie wykazała śladów przemocy. Bezpośrednia przyczyna śmierci nadal nie została jednak ustalona — trwają badania toksykologiczne i patologiczne.

 

Kolejne zgony osób związanych ze sprawą Epsteina na razie nie są dowodem żadnego spisku, ale nieuchronnie rodzą pytania.

 

Tym bardziej potrzebne są dokumenty, międzynarodowa współpraca prokuratur oraz dokładne wyjaśnienie, kto pomagał Epsteinowi, kto czerpał korzyści z jego działalności i dlaczego przez tyle lat tak wielu wpływowych ludzi pozostawało poza zasięgiem wymiaru sprawiedliwości

Dług publiczny państw UE na koniec I kwartału 2026


 

Dług publiczny państw UE na koniec I kwartału 2026

Według najnowszych, wstępnych danych Eurostatu dług sektora instytucji rządowych i samorządowych wynosił:

  • 82,9% PKB w całej Unii Europejskiej,
  • 88,9% PKB w strefie euro.

W ciągu roku wskaźnik dla UE wzrósł z 81,4% do 82,9% PKB.

Miejsce

Państwo

Dług w % PKB

1

Grecja

143,5%

2

Włochy

138,9%

3

Francja

117,6%

4

Belgia

109,1%

5

Hiszpania

101,6%

6

Portugalia

91,0%

7

Finlandia

89,7%

8

Austria

83,3%

9

Węgry

77,7%

10

Słowenia

64,8%

11

Niemcy

64,4%

12

Słowacja

62,5%

13

Polska

61,6%

14

Rumunia

60,1%

15

Chorwacja

58,4%

16

Cypr

54,6%

17

Łotwa

46,9%

18

Malta

45,9%

19

Czechy

44,1%

20

Niderlandy

43,8%

21

Litwa

42,3%

22

Irlandia

37,0%

23

Szwecja

34,9%

24

Luksemburg

29,2%

25

Bułgaria

28,5%

26

Dania

26,8%

27

Estonia

25,2%

 

Polska

Polski dług według unijnej metodologii wynosił 2 biliony 444,3 miliarda złotych, czyli 61,6% PKB. Był to:

  • wzrost o 1,9 punktu procentowego względem końca 2025 roku,
  • wzrost o 4,5 punktu procentowego w porównaniu z I kwartałem 2025 roku — jeden z największych wzrostów w UE.

Chodzi o dług liczony według unijnej definicji z Maastricht. Nie należy go bezpośrednio utożsamiać z polskim państwowym długiem publicznym, stosowanym przy konstytucyjnym limicie 60% PKB, ponieważ obie metodologie różnią się zakresem

poniedziałek, 27 lipca 2026

Zielony paradoks Europy: Dlaczego wiatraki i panele stoją bezczynnie, gdy prądu jest za dużo?


 

Zielony paradoks Europy: Dlaczego wiatraki i panele stoją bezczynnie, gdy prądu jest za dużo?

 

Ujemne ceny energii przestają być osobliwością rynkową, a stają się nową codziennością europejskiego systemu elektroenergetycznego. Farmy słoneczne i wiatrowe w całej Europie coraz częściej celowo wstrzymują produkcję. Powód? Sieci nie nadążają za pogodą, a podaż energii w szczytowych momentach drastycznie przewyższa bieżący popyt.

 

Boom na OZE i wyzwanie pogodowe

Odnawialne źródła energii konsekwentnie wypierają wysokoemisyjne paliwa kopalne. Z najnowszych danych Eurostatu wynika, że w I kwartale 2026 roku OZE pokryły aż 45,5% całkowitej produkcji energii elektrycznej w Unii Europejskiej.

Struktura zielonej generacji prezentuje się następująco:

 

  • Energia wiatrowa – 44,9% miksu odnawialnego (lider zestawienia),

 

  • Hydroenergia – 28,0%,

 

  • Fotowoltaika – 17,3%.

 

Mimo niezaprzeczalnego sukcesu transformacji, pojawia się wyzwanie strukturalne. Elektrownie wiatrowe i słoneczne pracują w rytmie dyktowanym przez warunki atmosferyczne, a nie realne zapotrzebowanie odbiorców. Efekt? Na rynkach hurtowych – szczególnie na Półwyspie Iberyjskim – rekordowo często dochodzi do sytuacji, w których hurtowe ceny prądu spadają poniżej zera.

 

Jak zapobiec marnowaniu energii? Trzy filary elastyczności

Eksperci branżowi są zgodni: sam przyrost nowych mocy z wiatru i słońca już nie wystarczy. Kluczem do uniknięcia strat są inwestycje w elastyczność systemu.

 

1. Wielkoskalowe magazyny bateryjne

Komercyjne i przemysłowe magazyny energii (BESS) stanowią pierwszą linię obrony przed marnowaniem prądu. Pozwalają przechwycić nadwyżki w momencie szczytowej generacji i oddać je do sieci, gdy wiatr cichnie lub słońce zachodzi.

Prognoza: Pojemność komercyjnych i przemysłowych magazynów bateryjnych w UE niemal się potroi – z 9 GWh w 2026 roku do 24 GWh w 2028 roku. Analitycy podkreślają jednak, że to wciąż za mało w stosunku do rosnących potrzeb.

 

2. Inteligentne liczniki i taryfy dynamiczne

Cyfryzacja oparta na inteligentnych licznikach daje gospodarstwom domowym narzędzia do aktywnego zarządzania zużyciem. W połączeniu z elastycznymi taryfami „czasowymi” (dynamicznymi) tworzy to bezpośredni bodziec finansowy:

  • Odbiorcy płacą znacznie mniej za prąd w godzinach najwyższej produkcji z OZE.
  • System zachęca do włączania energochłonnych sprzętów (np. pralek, zmywarek, ładowarek) wtedy, gdy energia jest najtańsza, co pomaga łagodzić rynkowe szczyty.

 

3. Elektryfikacja transportu i ogrzewania

Przejście na pojazdy elektryczne (EV) oraz pompy ciepła stwarza naturalny, dodatkowy popyt na prąd. Ładowanie aut czy buforowanie ciepła w okresach nadpodaży pomaga utrzymać ceny na dodatnim poziomie i zapobiega wyłączaniu instalacji OZE.

 

 

Europejska transformacja wkracza w fazę, w której kluczowe staje się elastyczne zarządzanie popytem i podażą. Rozwój magazynów energii, dynamiczne taryfy oraz masowa elektryfikacja to nie opcjonalne dodatki, ale fundamenty stabilnego i nowoczesnego systemu energetycznego.

czwartek, 23 lipca 2026

Skandal z umorzeniem afery "Dwie wieże" Kaczyńskiego


 

Skandal z umorzeniem afery "Dwie wieże" Kaczyńskiego

 

Warszawska Prokuratura Okręgowa pod koniec czerwca oficjalnie umorzyła śledztwo dotyczące głośnej inwestycji spółki Srebrna, znanej jako afera „dwóch wież”. Teraz ujawniono liczące 63 strony uzasadnienie tej decyzji.

Prokuratura uznała, że austriacki biznesmen Gerald Birgfellner nie miał podstaw, by oskarżać Jarosława Kaczyńskiego o oszustwo.

 

Jej zdaniem powinien był prowadzić rozmowy z formalnym zarządem spółki Srebrna, a nie z prezesem PiS.

 

To chyba jakiś żart?

 

Przecież z ujawnionych nagrań jednoznacznie wynika, że zarząd Srebrnej miał bardzo ograniczoną samodzielność, a kluczowe decyzje wymagały decyzji Jarosława Kaczyńskiego. Potocznie mówi się, że zarząd działał "na słupa". Za to grozi obu stronom 8 lat.

 

Oto dwa wymowne fragmenty:

 

1. Rozmowa z 2 sierpnia 2018 roku

Jarosław Kaczyński ustalał z Birgfellnerem termin kolejnego spotkania na koniec sierpnia lub początek września. Następnie powiedział:

 

„Będę poza Warszawą, a tutaj beze mnie państwo bezpośrednio z zarządem spółki na pewno nie załatwią”.

 

Prawnik Birgfellnera odpowiedział: „Oczywiście”.

 

To zdanie ma zasadnicze znaczenie. Sam Kaczyński przyznał, że Birgfellner nie byłby w stanie skutecznie porozumieć się z formalnym zarządem Srebrnej bez jego osobistego udziału.

Jak więc prokuratura może dziś twierdzić, że austriacki biznesmen powinien był rozmawiać wyłącznie z zarządem spółki?

 

2. Rozmowa z Kazimierzem Kujdą

Jeszcze bardziej jednoznaczne słowa padły w nagranej rozmowie Birgfellnera z Kazimierzem Kujdą, ówczesnym prezesem Srebrnej:

 

„Za każdym razem musiałem chodzić do prezesa Kaczyńskiego, dyskutować, żeby się zgodził. Musieliśmy mieć akceptację pana Kaczyńskiego”.

 

Formalnie decyzje podejmował więc zarząd Srebrnej. W praktyce — jak wynika ze słów samego prezesa spółki — potrzebna była akceptacja Jarosława Kaczyńskiego.

 

Mam pytanie, czy ktoś akceptuje rozumowanie prokuratury, która odsyła Birgfellnera do zarządu spółki, choć z nagrań wynika, że zarząd bez zgody Kaczyńskiego nie mógł podjąć kluczowych decyzji.

To próba ich ominięcia prawdy o przestępstwie Kaczyńskiego, Kujdy.

środa, 22 lipca 2026

Powstrzymać Przemysława Czarnka


 

Powyższy tekst "Powstrzymać Przemysława Czarnka", został napisany do tygodnika „Sieci”, ale wobec odmowy publikacji autor zakończył swoją trzynastoletnią współpracę z tą redakcją.

 

Prezes PiS Jarosław Kaczyński oskarżył wyznaczonego przez siebie kandydata na premiera Przemysława Czarnka o działalność godzącą w „polską rację stanu i polskie bezpieczeństwo”. W ustach byłego wicepremiera, odpowiedzialnego za bezpieczeństwo państwa, jest to być może najcięższe oskarżenie polityczne, jakie w ogóle daje się sformułować. Tym bardziej że Kaczyński to polityk, który z pilnowania interesu i suwerenności państwa uczynił sedno swojej misji, często zarzucając brak respektu dla tych wartości swym politycznym wrogom, choćby Donaldowi Tuskowi. Tym razem jednak rzecz jest odmienna i precedensowa. W polskiej polityce nie było dotąd przypadku, aby przywódca partyjny, który sam wylansował swego współpracownika jako lidera i kandydata na szefa rządu, raptem cztery miesiące później zarzucił mu publicznie rzecz tak karygodną, jak rozminięcie się z racją stanu i bezpieczeństwem państwa polskiego. Ten casus jako rzecz niezwykła odnotowany zostanie w podręcznikach polskiej historii politycznej naszego czasu.

 

Przemysław Czarnek zaprzecza nie tylko dziedzictwu ideowemu PiS-u, ale i całej tradycji polskiej myśli politycznej

Reakcja Kaczyńskiego następuje po faktycznie zdumiewającej deklaracji Czarnka, iż jako przyszły premier zamierza „zmusić Europę do zaprzestania jakiegokolwiek finansowania zbrojeń i odbudowy Ukrainy”. Zwłaszcza to słówko „jakiegokolwiek” podkreśla, zapewne z premedytacją, determinację Czarnka do bezwzględnego i całkowitego pozostawienia napadniętej Ukrainy na łasce Kremla. Można przypuszczać, że Czarnek celowo mówi tu tylko o Europie, pomija natomiast kluczową rolę, jaką w ocalaniu niepodległości Ukrainy odgrywa Ameryka, tak pod rządami Joe Bidena, jak i Donalda Trumpa. Dopiero co przecież Trump obiecał Wołodymyrowi Zełenskiemu licencję technologiczną na produkcję Patriotów, czyli najskuteczniejszych systemów ochrony miast, elektrowni i obiektów przemysłowych przed rosyjskimi bombardowaniami. Nietrudno zauważyć, że Czarnkowi łatwo grozić czymkolwiek Europie, a dużo trudniej Ameryce, i stąd zapewne bierze się ta niekonsekwencja jego zapowiedzi

 

W chwili, gdy piszę ten komentarz, nie jest jasne, jaki ma być dalszy los Czarnka w PiS-ie. Sam prezes partii mówi, iż „wyjaśnieniem” sprawy zajmą się władze partyjne, choć w gruncie rzeczy nie bardzo wiadomo, co tu miałoby być wyjaśniane. Pogląd głoszony przez Czarnka jest najzupełniej jasny i radykalnie zaprzecza nie tylko dziedzictwu ideowemu PiS-u, ale i całej tradycji polskiej myśli politycznej, tak z czasu antykomunistycznej emigracji, jak i solidarnościowego podziemia. Postulat wyzwolenia spod sowieckiej dominacji Bałtów, Białorusinów i Ukraińców był w istocie konsensusem polskiej myśli politycznej tamtego czasu. Zaś w wolnej Polsce przybrał postać jednoznacznego polskiego poparcia dla niezależności tych narodów od Moskwy, co wszyscy traktowali jako egzystencjalny polski interes narodowy. Stąd rzesze polskiej młodzieży z biało-czerwonymi flagami, jakie widać na zdjęciach i filmach z kijowskiej Pomarańczowej Rewolucji. Czarnek rzucił teraz wyzwanie całej tej tradycji.

 

Jakie są realne przejawy „bardzo agresywnej” polityki Ukrainy wobec Polski?

 

Zastanawiam się nad stanem ducha rzesz wyborców PiS-u, zwłaszcza tych poważnie traktujących dziedzictwo i przesłanie tej partii. Jak można pojąć sytuację, w której kandydat na premiera, a więc potencjalny przywódca państwa, jest winien sprzeniewierzeniu się egzystencjalnym interesom państwa polskiego, co stwierdza publicznie twórca i najważniejszy autorytet polskiej prawicy, jakim bez wątpienia jest od lat Jarosław Kaczyński? Muszę przyznać, że sam przyzwyczajony jestem do bardziej klarownej polityki, w której spory partyjne są i powinny pozostać normalnością, ale tak sprzeczne poglądy na fundamentalne interesy państwa, jak w przypadku Kaczyńskiego i Czarnka, nie mieszczą się jednak w głowie. Cóż bowiem ma sądzić wyborca PiS, skoro jednego dnia słyszy, iż jego „obowiązkiem moralnym jest krzyczeć” na cały świat o nazizmie panoszącym się na Ukrainie i „zmusić” świat do zaprzestania pomocy dla Kijowa, zaś następnego – że to pogląd, który godzi w „polską rację stanu i polskie bezpieczeństwo”? Narzuca się pytanie, czy to jakiś zdumiewający „spin” w wydaniu PiS-u? Jakaś „wirówka” mająca mącić zwolennikom w głowach, tak by zarówno ci nienawidzący Ukraińców, jak i ci podziwiający ich bohaterstwo, mogli zmieścić się w tej samej partii?

 

Przecież Czarnek mówi to, co mówi, nie po raz pierwszy. Jeszcze w 2025 r. był jedynym liczącym się polskim politykiem, który domagał się wydania Niemcom nurka ukraińskiego, odpowiedzialnego za wysadzenie bałtyckich rur gazowych łączących Niemcy z Rosją. To ciekawe, że Czarnek nie miał wtedy żadnych oporów, aby okazywać nadzwyczajną usłużność wobec rozeźlonych Niemców. W ciągu ostatnich tygodni Czarnek sprawiał takie wrażenie, jakby go ktoś z premedytacją „spuścił ze smyczy” i kazał hasać po polskiej polityce wschodniej. 8 lipca mówił w radiu, iż Kijów jest pod wpływem „ideologii nazistowskiej” i prowadzi „bardzo agresywną” politykę wobec Polski. Niestety, dziennikarstwo w Polsce jest na takim poziomie, iż nikt nie zapytał Czarnka o realne przejawy owej agresji ukraińskiej. A trzy dni później z patosem wzywał nas wszystkich, abyśmy wypełnili nasz „moralny obowiązek krzyczenia do wszystkich stolic Europy i świata” o ukraińskim nazizmie. Ze strony prezesa PiS nie było żadnej reakcji. Pojawiła się ona dopiero wtedy, gdy 14 lipca Czarnek zapowiedział, że zamierza „zmusić” świat do zablokowania pomocy dla walczącej Ukrainy.

 

Na czym polega prawdziwy problem z Przemysławem Czarnkiem?

 

Mam wrażenie, że choć sprzeciw wobec poglądów Czarnka, zwłaszcza w obozie Tuska, okazał się mocny i stanowczy, to jednak mimo wszystko realne znaczenie tego, co robi kandydat PiS-u na premiera, jest niedoceniane. Z obozu Tuska słychać najczęściej oklepany argument, iż Czarnek mówi to samo co Putin. To prawda, że mówi to samo. Ale w moim przekonaniu obrazą rozumu jest pogląd, wedle którego w żadnej kwestii nie wolno nikomu myśleć tak jak Putin. Sam w co niektórych materiach myślę zresztą tak samo jak Putin, choćby wtedy, gdy kremlowski tyran kpi sobie (w swoich mowach wałdajskich) z propagowanego na Zachodzie nierozróżniania płci, dodając ze śmiechem, że Rosja już przebyła tę ciężką chorobę za rewolucji bolszewickiej i zna jej opłakane skutki. Rzecz więc nie w tym, że Czarnek mówi to samo co Putin, ale w tym, że z premedytacją uzasadnia i legitymizuje plan likwidacji państwowości ukraińskiej.

 

Po co bowiem mamy „krzyczeć” o nazizmie na Ukrainie? Po to, żeby świat przestał wspierać nazistowski reżim w Kijowie. A po co świat ma zaprzestać „jakiegokolwiek” wsparcia dla owego reżimu? Po to, żeby został on sprawiedliwie ukarany za nazizm, a państwo ukraińskie na powrót zostało zlikwidowane. Prawdziwy problem z Czarnkiem polega na tym, że pod pozorem odwetu za nielubianą w Polsce ukraińską politykę historyczną, kandydat PiS-u na premiera otwarcie wspiera międzynarodowe cele i plany nie tylko samej Moskwy, ale globalnej „osi zła” stojącej za tymi interesami (by odświeżyć sławny niegdyś termin Ronalda Reagana). Tę „oś zła” albo – by rzec bardziej neutralnie – sojusz wschodnich despotii tworzy dziś przede wszystkim Pekin, sprzymierzony z Teheranem, Moskwą i Pjongjangiem. I ten międzynarodowy sojusz nienawidzi Europy i Ameryki, konkuruje z Zachodem w walce o hegemonię nad światem i w każdej chwili może się znaleźć w stanie otwartej wojny z NATO i pozostałymi sojusznikami USA.

 

Jak PiS staje się największą na Zachodzie organizacją dywersyjną propagującą intencje i cele polityczne antyzachodniego sojuszu wschodnich despotii

 

Komunistom chińskim i koreańskim oraz szyickim perskim mułłom zależy na tym, aby niepodległa Ukraina upadła, bo uważają ją za uzbrojoną, hardą i położoną w kluczowym punkcie świata wysuniętą placówkę Zachodu. Dlatego instrumentalnie akceptują argumentację Moskwy, wedle której nazizm ma być prawdziwą ideologią Ukrainy. Ale ta teza – jak dotąd – nie ma w świecie istotnego odzewu. Wśród współczesnych politycznych liderów Czarnek jest ewenementem. Do upowszechniania tezy o nazistowskiej Ukrainie nigdy nie posunął się Viktor Orbán (choć przecież szczerze nie znosi Ukraińców) ani żaden z przywódców zachodniej nowej alternatywnej prawicy. Ani Giorgia Meloni, ani Marine Le Pen, ani Alice Weidel nigdy nie posłużyły się tym argumentem. Owszem, teza o „nazistowskim puczu”, jakim miał być kijowski Majdan 2014 r., propagowana jest od dawna przez marginalnych trockistowskich komunistów w USA i Wielkiej Brytanii (np. Workers World Party) oraz najbardziej radykalną południowoafrykańską partię komunistyczną, której lider Solly Mapaila każdego dnia walczy słowem przeciw Ukrainie, gdyż ma ona być „tworem nazistowskim sterowanym przez amerykańskich kapitalistów”.

 

Decydujący tydzień dla PiS. Kaczyński i Morawiecki na kursie kolizyjnym

 

Tak wygląda globalny klub współtowarzyszy Czarnka podzielających jego poglądy na temat Ukrainy. I co w tym najważniejsze, Czarnek, wykorzystując przydzieloną mu przez Kaczyńskiego pozycję kandydata na premiera, próbuje teraz przeciągnąć PiS do tego grona nienawidzących Zachodu sprzymierzeńców „osi zła”. Chce to zrobić niepostrzeżenie, tak by wyborcy PiS-u, owładnięci słusznym oburzeniem na kult UPA na Ukrainie, nie zorientowali się nawet, że ich partia staje się – paradoksalnie – największą na Zachodzie organizacją dywersyjną, propagującą intencje i cele polityczne nie tylko samej Moskwy, ale całego antyzachodniego sojuszu wschodnich despotii. Z tradycjonalnej, katolickiej, okcydentalnej i atlantyckiej partii typowego konserwatyzmu kulturowego PiS miałby się przeobrazić w formację prawicowych „wokeistów”, „przebudzonych”, nienawidzących własnego świata i dążących do jego osłabienia w starciu ze wschodnimi despotiami.

 

Przemysław Czarnek rozpętał demony, które Jarosław Kaczyński musi teraz okiełznać i ujarzmić

Strategia Czarnka jest więc nie tylko próbą zakwestionowania tradycji polskiej polityki wschodniej, wedle której interesem Polski jest zawsze umacnianie niepodległości wschodnich sąsiadów, a nie podejmowanie przeciw nim jakiejś gry z Moskwą. Ta strategia jest bowiem również zamachem na ugruntowaną przez lata – za sprawą takich polityków, jak obaj bracia Kaczyńscy, nieżyjący już Ludwik Dorn czy Mateusz Morawiecki – ideową tożsamość PiS-u: partii przywiązanej do dziedzictwa dawnej Rzeczypospolitej, a współcześnie budującej Trójmorze – po to, by stawić opór sojuszowi wschodnich despotii. Chyba to właśnie w końcu dostrzegł Jarosław Kaczyński, kiedy w końcu zdecydował się powstrzymać bezkarne harce swojego kandydata na premiera. Zresztą ta nominacja wyjątkowo nie udała się prezesowi PiS. Teraz, po upływie czterech miesięcy, efektem premierowskich ambicji Czarnka jest tylko to, iż dwie Konfederacje mają dziś łącznie większe poparcie społeczne niźli PiS. Czarnek rozpętał demony, które Kaczyński – ratując własną partię – musi teraz okiełznać i ujarzmić. Pytanie brzmi: czy jeszcze potrafi?

Dyrektor FBI leci do Moskwy. Dlaczego właśnie teraz?


 

Dyrektor FBI leci do Moskwy. Dlaczego właśnie teraz?

 

Kash Patel, dyrektor FBI w administracji Donalda Trumpa, planuje w połowie października dwudniową wizytę w Rosji. Byłaby to pierwsza podróż urzędującego szefa FBI do Rosji od 13 lat. Cel wizyty i jej szczegółowy program pozostają nieznane.

 

I właśnie tutaj pojawia się zasadnicze pytanie: dlaczego akurat teraz?

 

Patel ma odwiedzić Rosję zaledwie kilka tygodni przed wyborami do Kongresu, zaplanowanymi na 3 listopada 2026 roku. Sam termin nie jest oczywiście dowodem na jakiekolwiek nielegalne działania, ale trudno uznać go za politycznie obojętny.

 

Rosyjskie próby ingerowania w amerykański proces wyborczy nie są teorią spiskową.

Zostały szczegółowo opisane zarówno w raporcie FBI, jak i w ponadpartyjnym raporcie senackiej komisji wywiadu. Nie udowodniono, że działania Moskwy przesądziły o wyniku wyborów w 2016 roku, ale sam fakt szeroko zakrojonej ingerencji w proces wyborczy został potwierdzony.

 

I dlatego pojawia się największy zgrzyt — timing tej wizyty.

Tuż przed listopadowymi wyborami w USA, które są być albo nie być Trumpa i jego ludzi.

Ten termin należy nazwać po prostu terminem podejrzanym, złym.

niedziela, 19 lipca 2026

Demokracja, która nie potrafi się bronić, może pewnego dnia przeprowadzić własny pogrzeb


 

Demokracja musi umieć się bronić

„Demokracja jest najgorszą formą rządów, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których od czasu do czasu próbowano” — powiedział Winston Churchill 11 listopada 1947 roku w Izbie Gmin. Podkreślał przy tym, że demokracja nie jest ani doskonała, ani nieomylna, ale to społeczeństwo powinno kontrolować władzę, a ministrowie mają być sługami obywateli, nie ich panami.

Dodałbym do tego jeszcze jedno: demokracja musi mieć zabezpieczenie przed samobójstwem.

Nie wiem, jak dokładnie powinno ono wyglądać. Wiem jednak, że musi istnieć.

31 lipca 1932 roku wybory do Reichstagu wygrała NSDAP, zdobywając 37,3 procent głosów. Naziści stali się największą partią, ale nie uzyskali większości parlamentarnej. Większość Niemców zagłosowała na inne ugrupowania. Mimo to 30 stycznia 1933 roku prezydent Paul von Hindenburg mianował Adolfa Hitlera kanclerzem.

Co było dalej — wiemy.

Nauczony doświadczeniem z Hitlerem Karl Loewenstein już w 1937 roku sformułował koncepcję demokracji walczącejmilitant democracy. Zakłada ona, że demokratyczne państwo ma prawo, a nawet obowiązek, bronić się przed organizacjami, które traktują demokrację wyłącznie jako narzędzie zdobycia władzy, aby następnie ją zlikwidować.

Demokracja walcząca nie oznacza prawa do zwalczania niewygodnych poglądów ani legalnej opozycji. Oznacza natomiast możliwość reagowania na przemoc polityczną, nawoływanie do nienawiści, tworzenie struktur totalitarnych oraz działania zmierzające do obalenia konstytucyjnego porządku.

Piękna koncepcja.

W Polsce jednym z jej wyrazów jest artykuł 13 Konstytucji. Zakazuje on istnienia partii i organizacji odwołujących się do totalitarnych metod nazizmu, faszyzmu i komunizmu, dopuszczających nienawiść rasową lub narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy albo utajnianie swoich struktur i członkostwa.

Tylko co z tego?

Prawo nie broni się samo. Bronią go niezależne instytucje oraz ludzie gotowi powiedzieć każdej władzy: „Nie wolno”.

Jeżeli Trybunał Konstytucyjny, prokuratura, sądy, media publiczne, służby mundurowe i administracja znajdą się w rękach jednej opcji politycznej dążącej do autorytaryzmu, nawet najlepsza konstytucja staje się zbiorem martwych liter.

Dlatego demokracji nie zabezpieczy jeden artykuł Konstytucji ani możliwość zdelegalizowania jednej partii. Potrzebny jest cały system bezpieczników: niezależne sądy i prokuratura, apolityczne służby, wolne media, jawność finansowania polityki, skuteczne ściganie przemocy i nawoływania do nienawiści, odporna na polityczne naciski administracja oraz rzetelna edukacja obywatelska.

Jeżeli wszystkie te instytucje zostaną przejęte przez ludzi demokracji wrogich, „demokracja walcząca” pozostanie jedynie piękną teorią.

Dziś zastanawiam się, jak realnie ustrzec Polskę przed Braunem w przyszłym rządzie.

Nie widzę skutecznego rozwiązania. Widzę natomiast zagrożenie, że brunatny język, jeszcze niedawno znajdujący się na marginesie, będzie stopniowo oswajany, normalizowany i wpuszczany do głównego nurtu polityki. Widzę brunatniejącą Polskę.

Nie wierzę w skuteczność „kordonu sanitarnego” wokół Brauna. Partie prawicowego głównego nurtu już zaczynają przejmować język i postulaty radykałów w nadziei na odzyskanie ich wyborców. Wtedy skrajna prawica wygrywa nawet bez formalnego wejścia do rządu, bo to ona zaczyna wyznaczać granice debaty publicznej.

Jestem też przekonany, że jeżeli Kaczyńskiemu i Konfederacji zabraknie głosów do utworzenia większości, mogą zaprosić Brauna do współrządzenia. Polityczna arytmetyka często okazuje się silniejsza niż wcześniejsze deklaracje i moralne oburzenie.

Widzieliśmy już, jak szybko można sparaliżować Trybunał Konstytucyjny i podważyć niezależność Sądu Najwyższego. Podobny los może spotkać pozostałe instytucje państwa.

Nie wierzę również, że ktoś uratuje nas z zewnątrz. Prawica przez lata pracowała nad zohydzeniem Polakom Unii Europejskiej. Unia może wstrzymywać fundusze i uruchamiać procedury prawne, ale władza otwarcie zmierzająca do autorytaryzmu może prędzej zdecydować się na konflikt z Europą, a nawet wyprowadzenie Polski z Unii, niż podporządkować się jej zasadom.

NATO jest sojuszem obronnym, a nie strażnikiem jakości demokracji w państwach członkowskich. Stany Zjednoczone pod rządami Donalda Trumpa również trudno uznać za naturalnego gwaranta europejskiej demokracji. Członkiem NATO jest przecież Turcja, w której władza Recepa Tayyipa Erdoğana systematycznie ogranicza prawa opozycji, mediów i społeczeństwa obywatelskiego. A polscy politycy o autorytarnych skłonnościach mogą patrzeć na taki model nie z oburzeniem, lecz z zazdrością.

Nawet zdelegalizowanie partii Brauna niewiele rozwiąże. Jego wyborców nie da się zdelegalizować. Powstanie nowe ugrupowanie faszystowskie, pozornie łagodniejsze — choćby „Czerwone Muchomorki” — którym Braun będzie kierował z tylnego siedzenia. Być może nawet siedzenia w więzieniu.

A pobyt w więzieniu mógłby uczynić z niego nie przegranego polityka, lecz męczennika. Wtedy mógłby zdobyć nie osiem, lecz dwadzieścia procent głosów.

Nie znam odpowiedzi na pytanie, jak uratować demokrację przed nią samą. Wiem jednak jedno: nie wolno czekać, aż jej przeciwnicy zdobędą władzę, podporządkują sobie instytucje, a potem oznajmią, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem.

Bo demokracja, która nie potrafi się bronić, może pewnego dnia przeprowadzić własny pogrzeb — przy wysokiej frekwencji wyborczej, z zachowaniem wszystkich procedur i przy dźwięku oklasków tych, którzy właśnie ją pogrzebali.