Myślałem kiedyś, że wraz z postępem technologicznym będzie rósł także poziom moralny społeczeństwa. Że wiedza, edukacja i łatwiejszy dostęp do informacji uczynią nas mądrzejszymi, bardziej empatycznymi i zwyczajnie przyzwoitszymi.
Pomyliłem się.
Technologia poszła do przodu, a my jakbyśmy zaczęli cofać się moralnie. Jeszcze kilka lat temu pomoc ludziom uciekającym przed wojną była odruchem serca. Otwieraliśmy domy, zbieraliśmy pieniądze, wieźliśmy żywność. Dzisiaj coraz częściej słyszymy pogardę, podejrzliwość i otwartą wrogość wobec tych samych ludzi.
Podobnie jest z aferami. To, co kiedyś wywołałoby wstyd, gniew i polityczne trzęsienie ziemi, dziś potrafimy wzruszeniem ramion skwitować słowami: „wszyscy kradną”, „nic wielkiego się nie stało”, „tamci też robili to samo”. Zondacrypto jest tylko jednym z przykładów znacznie głębszej choroby.
Najbardziej przeraża mnie nie samo zło. Ono było zawsze. Przeraża mnie to, że przestaliśmy się go wstydzić.
Najpierw je wypieraliśmy. Potem usprawiedliwialiśmy. Następnie nauczyliśmy się z nim żyć. A w końcu zaczęliśmy je akceptować — pod warunkiem, że popełniają je „nasi”.
I chyba właśnie wtedy społeczeństwo przekracza najbardziej niebezpieczną granicę. Nie wtedy, gdy pojawiają się ludzie nieuczciwi, bezwzględni czy pozbawieni zasad. Tacy byli zawsze. Katastrofa zaczyna się wtedy, gdy większość przestaje uważać ich zachowanie za coś, czego należy się wstydzić.
Mamy coraz szybsze komputery, coraz mądrzejsze telefony i sztuczną inteligencję.
Tylko człowiek jakby coraz mniej się wstydził być nieprzyzwoity.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz