czwartek, 25 czerwca 2026

Ochrona zdrowia to problem politycznie prawie nierozwiązywalny. Ale jednocześnie jest to potężny oręż w ręku każdej opozycji.

Ochrona zdrowia to problem politycznie prawie nierozwiązywalny. Ale jednocześnie jest to potężny oręż w ręku każdej opozycji.

Opozycja zawsze może grzmieć o „likwidacji szpitali”, „zamykaniu oddziałów”, „odbieraniu ludziom bezpieczeństwa”, „kolejkach” . I to działa. Na wszystkich. Bo zdrowie nie jest abstrakcją z tabeli Excela. Zdrowie to matka, dziecko, dziadek, własny strach i najbliższy szpital za rogiem.

Nie ma wtedy większego znaczenia, że część przekształceń ma racjonalną podstawę. Że współczesna medycyna nie zawsze wymaga całodobowej hospitalizacji. Że niektóre oddziały istnieją bardziej siłą przyzwyczajenia niż realnych potrzeb. Że pieniądze wydane na ich utrzymywanie mogłyby ratować ludzi gdzie indziej.

Weźmy porodówki.

Za granicę opłacalności i bezpieczeństwa przyjmuje się około 400 porodów rocznie. Oddziały poniżej tego progu regularnie wracają w dyskusjach o zamykaniu albo przekształcaniu.

A u nas?

Są miejsca, gdzie oddział zatrudnia kilkadziesiąt osób personelu, a średnio odbywa się tam jeden poród na kilka dni. Gdy spojrzymy na to z dystansu, wiemy, że system marnuje miliony, których brakuje gdzie indziej: na diagnostykę, onkologię, kardiologię, psychiatrię dziecięcą, rehabilitację, skrócenie kolejek.

Ale gdy ktoś zapyta: „Czy zamykamy porodówkę koło pana domu?”, natychmiast zmienia się optyka. Zaczyna się opowieść o dziecku wiezionym 30 kilometrów dalej. O kobiecie rodzącej w karetce. O tragedii, która może się teoretycznie wydarzyć raz na dziesiątki tysięcy przypadków, ale politycznie waży więcej niż tysiąc stron analiz.

I właśnie to wykorzysta każda opozycja. Bez względu na to, kto rządzi.

Rządzący mogą mieć rację ekonomiczną, organizacyjną, medyczną, a i tak przegrają emocjonalnie. Bo obywatel nie widzi systemu. Obywatel widzi swój szpital, swoją izbę przyjęć, swoją porodówkę, swoją kolejkę do specjalisty.

Ja sam urodziłem się w szpitalu w Krakowie. Jeden mój przyjaciel urodził się w domu, drugi w karetce. Takie historie działają mocniej niż wykresy, limity, mapy potrzeb zdrowotnych i wskaźniki wykorzystania łóżek.

Dziś w Polsce rodzi się około 240 tysięcy dzieci rocznie. Zdecydowana większość w szpitalach. Porody domowe i porody w transporcie to margines statystyczny. Ale w polityce margines statystyczny potrafi stać się centrum emocji.

I tu jest cały dramat reformy ochrony zdrowia.

Gdy rząd nic nie robi — jest oskarżany o zapaść systemu.
Gdy próbuje racjonalizować sieć szpitali — jest oskarżany o likwidację bezpieczeństwa.
Gdy zwiększa finansowanie — słyszy, że pieniądze są marnowane.
Gdy chce podnieść składkę zdrowotną — wybucha bunt, bo nikt nie lubi płacić więcej.

A przecież udajemy, że da się mieć wszystko naraz: bliski szpital, najlepszy sprzęt, świetnie opłaconych lekarzy, krótkie kolejki, nowoczesne terapie i niskie składki. Nie da się. Matematyka bywa brutalna, nawet jeśli polityka woli udawać, że jej nie ma.

Dla porównania: w Polsce składka zdrowotna wynosi 9% podstawy. W Niemczech podstawowa składka to 14,6%, do tego dochodzi dodatkowa składka kas chorych. W Czechach obowiązkowe finansowanie zdrowia to łącznie 13,5%, a na Słowacji obciążenia są jeszcze wyższe niż u nas - 16%.

Ale nie daj Boże, żeby którykolwiek rząd powiedział uczciwie: jeżeli chcemy lepszej ochrony zdrowia, ktoś musi za nią zapłacić.

Wtedy opozycja natychmiast krzyczy o zamachu na portfele obywateli.

I dlatego rządzący zawsze przegrają narrację o ochronie zdrowia. Niezależnie od tego, czy rządzi prawica, lewica, centrum, liberałowie czy konserwatyści.

Bo każda decyzja boli.
Brak decyzji też boli.
A opozycja ma luksus mówienia, że zrobiłaby wszystko lepiej, taniej, bliżej i szybciej.

Tylko jeszcze jedno pytanie zostaje bez odpowiedzi:

czy opozycja, punktując koalicję, naprawdę zasypuje opinię publiczną własnymi, konkretnymi pomysłami na naprawę systemu ochrony zdrowia?

Czy tylko korzysta z tego, że strach zawsze krzyczy głośniej niż rozsądek?

środa, 24 czerwca 2026

Hipokryzja w cieniu autorytetów. Jak wyparliśmy lekcję o otwartej Polsce?


 

Hipokryzja w cieniu autorytetów. Jak wyparliśmy lekcję o otwartej Polsce?

Narastanie w nas antyukraizmu i ksenofobii na pierwszy rzut oka powinno szokować, ale patrząc głębiej – właściwie nie powinno już dziwić. Jan Paweł II wielokrotnie podkreślał przecież, że esencją polskiej tradycji jest synteza chrześcijaństwa z otwartością na drugiego człowieka oraz pokojowym współistnieniem różnych kultur. Papież Polak widział nasz kraj jako przestrzeń z natury tolerancyjną.

„Polskość to w gruncie rzeczy wielość i pluralizm, a nie ciasnota i zamknięcie” – pisał w swojej programowej książce Pamięć i tożsamość.

Dzisiejsza rzeczywistość brutalnie jednak weryfikuje te piękne ideały, udowadniając, że narodowa miłość własna bywa całkowicie ślepa. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że co dziesiąty chrześcijanin w Polsce popiera dziś Grzegorza Brauna? Polityka, który w swoim politycznym menu ma postulaty wyposażenia kraju w broń atomową, przywrócenia kary śmierci oraz formalnej intronizacji Chrystusa na Króla Polski.

Jego narracja o „niemiecko-rosyjskim kondominium pod żydowskim zarządem powierniczym” oraz nieustanne tropienie mitycznych loż i mafii odbijają się szerokim echem w całym kraju. Co najbardziej paradoksalne – ten radykalny przekaz trafia na podatny grunt u ludzi wychowanych na naukach tego samego Papieża, który ucałował Koran i modlił się przy Ścianie Płaczu.

Do teorii spiskowych dochodzi przecież codzienna, sejmowa i uliczna praktyka. Spektakularne gaszenie gaśnicą świec chanukowych w parlamencie, ostentacyjne zrywanie unijnych flag, publiczne awantury z lekarzami, nawoływanie do wieszania ministrów czy wreszcie niebezpieczne flirtowanie z negowaniem faktów historycznych dotyczących Holocaustu. To nie są incydenty niszowe – to stały teatr polityczny, który zamiast marginalizować lidera, buduje jego pozycję.

Jakim cudem w kraju mieniącym się „przedmurzem chrześcijaństwa” poparcie dla takiej agresji rośnie? Odpowiedź, choć bolesna, jest prosta: jako społeczeństwo opanowaliśmy do perfekcji sztukę psychologicznego wyparcia. Potrafimy zignorować każdą niewygodną prawdę, a nawet fundamentalne nauki Jezusa Chrystusa o miłości bliźniego i rzucaniu kamieniem, byle tylko utrzymać dobre samopoczucie. Byle tylko wybielić samych siebie i znaleźć zewnętrznego winnego dla naszych własnych lęków i frustracji.

Festiwal „The Great American State Fair”.


Kontrowersje wokół The Great American State Fair. Donald Trump zapowiada własne wystąpienie na National Mall

W związku z obchodzoną w tym roku 250. rocznicą powstania Stanów Zjednoczonych, na waszyngtońskim National Mall przez kilkanaście dni – od 25 czerwca do 10 lipca – będzie trwał festiwal „The Great American State Fair”.

W tym tygodniu organizacja Freedom 250, której powstanie w ubiegłym roku ogłosił Donald Trump, poinformowała, że niektórzy wykonawcy odwołali swój udział w wydarzeniu. Część z artystów zrezygnowała, tłumacząc to obawami o polityczne powiązania festiwalu.

Donald Trump w charakterystycznym dla siebie stylu skrytykował wykonawców i zasugerował, że sam może wystąpić z przemówieniem podczas obchodów. W opublikowanym oświadczeniu napisał:

"Rozumiem, że artyści dostają «tremy» w związku ze swoim występem, dlatego zastanawiam się nad sprowadzeniem Największej Atrakcji na świecie – człowieka, który przyciąga znacznie większą publiczność niż Elvis w szczytowym okresie swojej kariery, i robi to bez gitary; człowieka, który kocha nasz kraj bardziej niż ktokolwiek inny; oraz człowieka, którego niektórzy uważają za najlepszego prezydenta w historii – DONALDA J. TRUMPA, aby zastąpił tych wysoko opłacanych, trzeciorzędnych «artystów» i wygłosił wielkie przemówienie, mobilizując kraj do dalszego działania, tak jak robiłem to przez cały okres mojej prezydentury!

Polecam moim przedstawicielom sprawdzenie możliwości zorganizowania w Waszyngtonie, o tej samej godzinie i w tym samym miejscu, wiecu pod hasłem «AMERICA IS BACK» (Ameryka wróciła). Zaproszeni będą wyłącznie wielcy patrioci – będzie to dzikie i piękne święto Ameryki!"

Wysokość grzywien mocno w górę.


 Wysokość grzywien mocno w górę. Rząd chce, aby minimalna kara wzrosła ze 100 do 1000 zł.

Stawki grzywien za przestępstwa w Polsce zostały ustalone w 1997 roku, czyli niemal 30 lat temu. Wówczas minimalne wynagrodzenie wynosiło 406 zł brutto. Obecnie to 4806 zł brutto, a więc ponad dziesięć razy więcej. To jeden z argumentów, na które powołują się rządzący, uzasadniając konieczność zmian.

Kary finansowe za przestępstwa, czyli tak zwane grzywny, określa sąd. Wylicza je na podstawie stawek dziennych, których wysokość zależy od zarobków i sytuacji materialnej osoby ukaranej. Najczęściej sądy wymierzają grzywnę w wysokości od 10 do 540 stawek dziennych.

Obecnie minimalna wartość jednej stawki dziennej wynosi 10 zł, a maksymalna 2000 zł. Oznacza to, że najniższa grzywna może wynieść 100 zł, a najwyższa 1,08 mln zł.

To jednak wkrótce może się znacząco zmienić. Projekt nowelizacji ustawy, który znalazł się w wykazie Rządowego Centrum Legislacji, przewiduje podwyżkę minimalnych i maksymalnych stawek dziennych o 900%. Po wejściu w życie nowych przepisów minimalna stawka dzienna wynosiłaby 100 zł, a maksymalna 20 tys. zł. W praktyce oznaczałoby to, że najniższa grzywna wzrosłaby do 1000 zł, a najwyższa nawet do 10,8 mln zł.