wtorek, 30 czerwca 2026

Fort Trump na ruchomych piaskach. Dlaczego humor prezydenta USA nie może być fundamentem bezpieczeństwa Polski


Fort Trump na ruchomych piaskach. Dlaczego humor prezydenta USA nie może być fundamentem bezpieczeństwa Polski

Kosiniak-Kamysz rozmawiał z Karolem Nawrockim o stałej bazie USA w Polsce. Tusk cieszy się, że Trump coś nam obiecał. I dobrze. To naturalne, że Polska zabiega o jak najsilniejszą obecność wojsk amerykańskich na naszym terytorium. W tej kwestii panuje słuszny konsensus.

Tylko że jedną rzecz trzeba powiedzieć sobie jasno i bez dyplomatycznych owijaczy w bawełnę: bezpieczeństwa Polski nie wolno budować na nastroju Donalda Trumpa.

Można go komplementować, można wręcz – mówiąc dosadnie – całować go w dupę, ale nawet to nie daje żadnej gwarancji, że amerykański prezydent dotrzyma słowa.

Metoda w szaleństwie

Nieprzewidywalność Trumpa nie jest wypadkiem przy pracy ani efektem gorszego dnia. To jego przemyślana metoda polityczna. Gra pozorów i chaosu to jego naturalne środowisko.

Dzień pierwszy: ogłasza spektakularne zwycięstwo.

Dzień drugi: zapowiada potężne bombardowanie.

Dzień trzeci: mówi o historycznym pokoju.

Dzień czwarty: nikt już nie wie, co było realną deklaracją, co pustą groźbą, a co jedynie elementem medialnego spektaklu.

Widzieliśmy to już podczas jego pierwszej kadencji w relacjach z Iranem – od gróźb totalnego zniszczenia, przez zawieszenia umów, po nagłe zapowiedzi wielkich negocjacji.

Lekcja ukraińska i taniec z Putinem

Jeszcze wyraźniej ten chaos widać na przykładzie rosyjskiej agresji na Ukrainę. Trump wysyłał w tej sprawie tak wiele sprzecznych sygnałów, że próba znalezienia w nich jakiejkolwiek stałej logiki graniczy z cudem. Z jednej strony deklarował mgliste wsparcie Ukrainie, za pieniądz UE, z drugiej – regularnie fraternizował się z Władimirem Putinem. Nazywanie kata z Kremla „wspaniałym”, „inteligentnym” czy „mądrym” przywódcą to nie były przypadkowe przejęzyczenia.

Co gorsza, winą za to, że wojna wciąż trwa, Trump potrafił bez mrugnięcia okiem obarczać samą Ukrainę, a winę za wybuch konfliktu zrzucać na NATO.

W świecie Donalda Trumpa sojusze i obietnice są płynne. Dzisiejsza deklaracja o stałej bazie w Polsce jutro może stać się dla niego zwykłą kartą przetargową w zupełnie innych, globalnych negocjacjach (np. handlowych z Chinami).

Co jest realną gwarancją?

Prawdziwym fundamentem naszego bezpieczeństwa jest i musi pozostać instytucjonalna obecność wojsk USA w Polsce oraz twarde struktury NATO. Ale to tylko jedna noga - na której dzięki Trumpowi chwiejnie - stoimy.

Równolegle musimy dbać o:

• Trwałe zakotwiczenie Polski w UE i NATO – silne relacje z europejskimi partnerami.

• Rozbudowę przemysłu zbrojeniowego wewnątrz Unii Europejskiej – Europa musi odzyskać zdolność do samowystarczalności obronnej.

• Własną siłę obronną – potężny, realny budżet na modernizację Wojska Polskiego i programy osłonowe (jak komponenty SAFE).

Gwarancją bezpieczeństwa mają być nowoczesne czołg, artyleria czy samolot i sprawny system dowodzenia, a nie tweet, konferencja prasowa czy ustna obietnica człowieka, który następnego dnia może powiedzieć coś dokładnie odwrotnego.

Podsumowanie

• Stała baza USA w Polsce? Jak najbardziej tak.

• Silny sojusz z Ameryką? Oczywiście, że tak.

Ślepa wiara w Trumpa jako fundament polskiego bezpieczeństwa? Absolutnie nie.

Polska jest zbyt dużym i zbyt doświadczonym przez historię krajem, by pozwolić sobie na bycie zakładnikiem humoru jednego człowieka. Nawet jeśli ten człowiek siedzi akurat w Gabinecie Owalnym.


Wolność vs. Kolektywizm Strachu


 

Wolność vs. Kolektywizm Strachu

Liberalni demokraci cenią wolność – zarówno własną, jak i innych ludzi. Prawicowi fundamentaliści wolności się boją; zamiast niej żądają ślepego kolektywizmu skupionego wokół idei. Złej lub wypaczonej idei. Najczęściej manipulują religią. 

Fundamentaliści uważają się za wyjątkowych. Żyją w przekonaniu, że uniwersalne zasady moralne ich nie dotyczą, bo w ich świecie cel zawsze uświęca środki. Nie mają skrupułów, a ich propaganda i kłamstwo nie znają żadnych granic.

Analiza technik propagandowych stosowanych przez środowiska skrajnej prawicy w Polsce i USA pokazuje wiele podobieństw. To efekt globalizacji internetu, mediów społecznościowych i kopiowania tych samych strategii politycznego marketingu. Współczesna propaganda nie polega już tylko na prostym, prymitywnym zmyśleniu wszystkiego od początku do końca. Częściej manipuluje kontekstem, wyolbrzymia jednostkowe przypadki, budzi lęk egzystencjalny i dzieli społeczeństwo na „nas” oraz „onych”.

W Polsce do tego dochodzi jeszcze najprostsza formuła: „wina Tuska”.

Nowoczesna propaganda: Od Lincolna do fabryki trolli

Goebbelsowskie hasło, że „kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą”, wciąż działa, ale dzisiejsza technologia sprawia, że manipulacja ma ułatwione zadanie. Od czasów „Solidarności” w naszej przestrzeni publicznej zmieniło się niemal wszystko. Uczciwość przestała być w modzie, a co gorsza – ludzie się do tego przyzwyczaili. Kłamstwo wrosło w tkankę naszego społeczeństwa i właśnie dlatego jest tak śmiertelnie groźne.

Abraham Lincoln powiedział kiedyś: „Nikt nie ma tak dobrej pamięci, żeby być dobrym w kłamstwie”.

Dzisiejsza skrajna prawica rozwiązała ten problem – produkują kłamstwa seryjnie. Nie trzeba pamiętać poprzednich, bo jutro zastąpią je nowymi.

Prawicowa propaganda w Polsce i USA działa według najprostszego mechanizmu: strach, wskazanie kozła ofiarnego i odwrócenie winy. Winni są wszyscy: migranci, Ukraińcy/Meksykanie, społeczność LGBT+, lewacy, Unia Europejska, niezależne sądy, wolne media i mityczne elity.

Anatomia manipulacji: 6 głównych kłamstw w Polsce

Nie zamierzam marnować czasu na przedstawianie oczywistych dowodów na poniższe kłamstwa. Szkoda energii – ludzie „oczadzeni” tą propagandą i tak wyprą fakty, a przyzwoici i myślący obywateli znają prawdę lub potrafią ją zweryfikować (choćby na portalu Demagog, który wykonuje świetną robotę weryfikując wypowiedzi polityków).

Przyjrzyjmy się filarom tej dezinformacji:

1. „Ukraińcy żyją na koszt Polaków”

To jedna z najskuteczniejszych i najbardziej podłych narracji. Pokazuje uchodźców wojennych jako pasożytów, którzy „biorą 800+”, „zabierają miejsca u lekarzy” czy „niszczą NFZ”. To bezczelne kłamstwo. Tezy o uprzywilejowaniu Ukraińców w kolejkach do specjalistów są wyssane z palca, a twarde raporty ekonomiczne jasno pokazują realny, ogromny wkład ukraińskich uchodźców w polską gospodarkę. Dzięki ich pracy jesteśmy jako Polacy bogatsi.

2. „Migranci to przestępcy, gwałciciele i zagrożenie cywilizacyjne”

Mechanizm jest prymitywny: znaleźć jeden incydent, rozdmuchać go do rangi ogólnokrajowego kryzysu i wywołać w ludziach paniczny lęk. Przestrzeń publiczna jest zalana zmanipulowanymi opowieściami o „podrzucaniu” migrantów przez Niemcy. Tymczasem statystyki są nieubłagane – poziom przestępczości wśród uchodźców jest proporcjonalnie znacznie niższy niż wśród samych Polaków.

3. „LGBT i gender chcą zniszczyć polską rodzinę i dzieci”

Klasyczna, cyniczna wojna kulturowa. Propaganda celowo unika dyskusji o prawach obywatelskich, bezpieczeństwie czy ludzkiej godności. Zamiast tego tworzy potwora – „ideologię”, która rzekomo ma na celu deprawację najmłodszych. Każdy z nas zetknął się z tymi fałszywymi narracjami, których jedynym celem jest podżeganie do nienawiści i zbieranie politycznego kapitału na ludzkiej krzywdzie.

4. „Unia Europejska to dyktatura, eurokołchoz i nowy ZSRR”

To ordynarna manipulacja pojęciami. Gdy Bruksela egzekwuje fundamentalne zasady praworządności, na które Polska dobrowolnie się zgodziła, propaganda krzyczy o „ataku na suwerenność”. Gdy jednak miliardy z funduszy europejskich płyną na polską infrastrukturę, a nasi obywatele korzystają ze wspólnego rynku. otwartych granic i ochrony prawnej – ten element nagle znika z przekazu.

5. „Reforma sądów była walką z kastą, a nie zamachem na ich niezależność”

W tym przypadku kłamstwo polegało na ubraniu brutalnego, partyjnego skoku na instytucje państwa w patriotyczny język „naprawy Rzeczypospolitej”. Efekt? Zabetonowanie wymiaru sprawiedliwości i chaos, który widzi każdy. Instytucje europejskie i międzynarodowe trybunały wielokrotnie obnażały ten proceder, a skutek jest taki, że oczywiste przestępstwa i afery ludzi powiązanych z dawną władzą wciąż mają problem z trafieniem przed niezależny sąd.

6. „Media publiczne były pluralistyczne, a nie propagandowe”

To wyjątkowo bezczelne odwracanie kota ogonem – wystarczyło przez moment włączyć dawne „Wiadomości” TVP, by zobaczyć seans nienawiści. Międzynarodowe instytucje, w tym OBWE, w swoich raportach po wyborach w 2023 roku wprost wskazały, że choć wybory były konkurencyjne, to partia rządząca miała potężną, nieuczciwą przewagę właśnie dzięki totalnemu zawłaszczeniu mediów publicznych i zasobów państwa.

Prawdziwy cel: Władza i bezkarność

Oficjalne motto radykalnej prawicy brzmi dumnie: „Czas uwolnić nasz kraj od skorumpowanych, liberalnych zdrajców”. W rzeczywistości jednak ich cała filozofia polityczna opiera się na podsycaniu najniższych instynktów.

Prawicowy fundamentalista – co doskonale widać zarówno w Polsce, jak i w działaniach Donalda Trumpa w USA – celowo tworzy prowokacyjne, obrzydliwe oszczerstwa. Chodzi o wywołanie czystej, permanentnej wściekłości. Podburzają ludzi, którzy zostali już wcześniej karmieni kłamstwem i zatracili zdolność krytycznego myślenia.

Tworzenie mitycznych wrogów i opowieści o „antynarodowych potworach” to z góry zaplanowany model biznesowo-polityczny. Wyznawcy mają nienawidzić wskazanych celów.

 A po co to wszystko? Za fasadą bogoojczyźnianych haseł, rozsiewaniem oburzenia i jadu kryje się skrajny pragmatyzm: chodzi o zdobycie nieograniczonej władzy, wykorzystanie jej do bezkarnego okradania obywateli oraz zagwarantowanie sobie dożywotniej nietykalności.

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Trump: „My też możemy powiedzieć europejskim krajom NATO, że im nie pomożemy”.


Trump: „My też możemy powiedzieć europejskim krajom NATO, że im nie pomożemy”.

Tak skrytykował europejskich sojuszników za to, że nie wsparli USA i Izraela podczas och agresji przeciw Iranowi.

Trumpie, to już nie jest polityka. To mieszanina narcyzmu, ignorancji i niebezpiecznej zabawy bezpieczeństwem świata.

Traktat Północnoatlantycki jest traktatem obronnym. Obronnym, a nie zaczepnym. Nie ma w nim ani jednego zdania mówiącego, że jeżeli państwo NATO samo rozpocznie wojnę, to reszta Sojuszu ma obowiązek iść za nim jak za wodzem.

Artykuł 5 NATO oznacza coś zupełnie innego: zbrojny atak na jednego członka Sojuszu w Europie lub Ameryce Północnej jest traktowany jak atak na wszystkich. Wtedy państwa NATO udzielają pomocy zaatakowanemu sojusznikowi — także, jeśli uznają to za konieczne, z użyciem siły zbrojnej.

Zasadniczy sens traktatu: Państwa NATO uznają, że zbrojny atak na jedno lub więcej z nich w Europie albo Ameryce Północnej będzie uznany za atak przeciwko nim wszystkim. Każde państwo udzieli pomocy zaatakowanemu sojusznikowi, podejmując działania, jakie uzna za konieczne — włącznie z użyciem siły zbrojnej — aby przywrócić i utrzymać bezpieczeństwo obszaru północnoatlantyckiego

Przykładowo jeżeli Polska napadłaby na Szwajcarię, to NATO nie miałoby obowiązku pomagać Polsce. Tak samo, jeżeli Stany Zjednoczone prowadzą własną operację wojskową przeciw Iranowi, to Europa nie ma automatycznego obowiązku meldować się na rozkaz Trumpa.

NATO nie jest prywatną armią amerykańskiego prezydenta. Nie jest też klubem lokajów, którzy mają klaskać, gdy Waszyngton decyduje się na kolejną awanturę.

Sojusz polega na solidarności wobec napadniętego, a nie na ślepym posłuszeństwie wobec najsilniejszego.

Trump może się obrażać, krzyczeć, szantażować i udawać genialnego stratega. Ale sens art. 5 jest prosty: bronimy sojusznika, gdy zostaje zaatakowany.

Art. 5 to tarcza, nie pałka do wymachiwania nad głowami sojuszników.

Przyczyna weta prezydenta Nawrockiego ustawy o kryptowalutach: Kulisy i wątek służb specjalnych.


 Przyczyna weta prezydenta Nawrockiego ustawy o kryptowalutach: Kulisy i wątek służb specjalnych.

Oficjalnym powodem zawetowania przez prezydenta Karola Nawrockiego ustawy regulującej rynek aktywów cyfrowych w Polsce były kwestie formalno-prawne oraz ochrona rodzimego sektora technologicznego przed nadmierną biurokracją. Jednak w kuluarach politycznych i mediach śledczych prawdziwym powodem weta jawi się potężny kryzys wizerunkowy i personalny, łączący świat kryptowalut z prawiącą oraz byłymi szefami służb specjalnych.

Kluczowym elementem tej układanki jest postać Artura Chodzińskiego – w czasach rządów Prawa i Sprawiedliwości jednego z najbardziej zaufanych i wpływowych funkcjonariuszy Centralnego Biura Antykorupcyjnego (CBA). Jak się okazało, Chodziński po odejściu ze służby odnalazł zatrudnienie u Przemysława Krala, twórcy i szefa giełdy kryptowalut Zondacrypto, która ostatecznie spektakularnie upadła.

Decyzja prezydenta o zablokowaniu ustawy zbiegła się w czasie z rosnącymi kontrowersjami wokół fundacji Frontline. To podmiot, który Chodziński powołał do życia wspólnie z innymi byłymi wysokimi rangą szefami służb specjalnych. Oficjalnie fundacja miała zajmować się bezpieczeństwem, jednak krytycy i śledczy wprost pytają, czy nie służyła ona jako nieformalny parasol ochronny dla biznesów kryptowalutowych Krala oraz jako narzędzie lobbingowe wewnątrz struktur państwowych.

Weto prezydenta Nawrockiego w tym kontekście nabiera zupełnie innego znaczenia. Może być interpretowane dwojako:

• Jako próba zablokowania przepisów, które wymusiłyby natychmiastową i głęboką transparentność rynku, co mogłoby przedwcześnie odsłonić powiązania Frontline i Zondacrypto z politykami prawicy.

• Jako ruch dystansujący Pałac Prezydencki od toksycznego układu biznesowo-wywiadowczego, w obawie, że podpis pod ustawą tworzoną w cieniu takiego lobbingu wywoła gigantyczny skandal polityczny.

Upadek Zondacrypto i zablokowanie ustawy dają jednak organom ścigania nieoczekiwaną szansę. Brak nowego prawnego „zamknięcia” tematu sprawia, że rola fundacji Frontline oraz kulisy zatrudnienia byłego asa CBA u Przemysława Krala będą musiały zostać drobiazgowo wyjaśnione przez prokuraturę i komisje śledcze.

Bo jeżeli wpływowy były funkcjonariusz CBA pracował dla człowieka z centrum jednej z największych afer kryptowalutowych, a równocześnie ustawa mająca wzmocnić nadzór nad tym rynkiem była konsekwentnie blokowana, to państwo ma obowiązek odpowiedzieć na proste pytania:

• Kto lobbował przeciw tej ustawie?

• Kto miał dostęp do polityków prawicy?

• Kto rozmawiał z ludźmi dawnej władzy?

• Jaką rolę odegrała fundacja Frontline?

• I czy prezydenckie weto naprawdę chroniło obywateli — czy raczej tych, którzy najbardziej bali się nadzoru KNF?

• Kto z polityków był finansowany przez Zondacrypto?



czwartek, 25 czerwca 2026

Ochrona zdrowia to problem politycznie prawie nierozwiązywalny. Ale jednocześnie jest to potężny oręż w ręku każdej opozycji.

Ochrona zdrowia to problem politycznie prawie nierozwiązywalny. Ale jednocześnie jest to potężny oręż w ręku każdej opozycji.

Opozycja zawsze może grzmieć o „likwidacji szpitali”, „zamykaniu oddziałów”, „odbieraniu ludziom bezpieczeństwa”, „kolejkach” . I to działa. Na wszystkich. Bo zdrowie nie jest abstrakcją z tabeli Excela. Zdrowie to matka, dziecko, dziadek, własny strach i najbliższy szpital za rogiem.

Nie ma wtedy większego znaczenia, że część przekształceń ma racjonalną podstawę. Że współczesna medycyna nie zawsze wymaga całodobowej hospitalizacji. Że niektóre oddziały istnieją bardziej siłą przyzwyczajenia niż realnych potrzeb. Że pieniądze wydane na ich utrzymywanie mogłyby ratować ludzi gdzie indziej.

Weźmy porodówki.

Za granicę opłacalności i bezpieczeństwa przyjmuje się około 400 porodów rocznie. Oddziały poniżej tego progu regularnie wracają w dyskusjach o zamykaniu albo przekształcaniu.

A u nas?

Są miejsca, gdzie oddział zatrudnia kilkadziesiąt osób personelu, a średnio odbywa się tam jeden poród na kilka dni. Gdy spojrzymy na to z dystansu, wiemy, że system marnuje miliony, których brakuje gdzie indziej: na diagnostykę, onkologię, kardiologię, psychiatrię dziecięcą, rehabilitację, skrócenie kolejek.

Ale gdy ktoś zapyta: „Czy zamykamy porodówkę koło pana domu?”, natychmiast zmienia się optyka. Zaczyna się opowieść o dziecku wiezionym 30 kilometrów dalej. O kobiecie rodzącej w karetce. O tragedii, która może się teoretycznie wydarzyć raz na dziesiątki tysięcy przypadków, ale politycznie waży więcej niż tysiąc stron analiz.

I właśnie to wykorzysta każda opozycja. Bez względu na to, kto rządzi.

Rządzący mogą mieć rację ekonomiczną, organizacyjną, medyczną, a i tak przegrają emocjonalnie. Bo obywatel nie widzi systemu. Obywatel widzi swój szpital, swoją izbę przyjęć, swoją porodówkę, swoją kolejkę do specjalisty.

Ja sam urodziłem się w szpitalu w Krakowie. Jeden mój przyjaciel urodził się w domu, drugi w karetce. Takie historie działają mocniej niż wykresy, limity, mapy potrzeb zdrowotnych i wskaźniki wykorzystania łóżek.

Dziś w Polsce rodzi się około 240 tysięcy dzieci rocznie. Zdecydowana większość w szpitalach. Porody domowe i porody w transporcie to margines statystyczny. Ale w polityce margines statystyczny potrafi stać się centrum emocji.

I tu jest cały dramat reformy ochrony zdrowia.

Gdy rząd nic nie robi — jest oskarżany o zapaść systemu.
Gdy próbuje racjonalizować sieć szpitali — jest oskarżany o likwidację bezpieczeństwa.
Gdy zwiększa finansowanie — słyszy, że pieniądze są marnowane.
Gdy chce podnieść składkę zdrowotną — wybucha bunt, bo nikt nie lubi płacić więcej.

A przecież udajemy, że da się mieć wszystko naraz: bliski szpital, najlepszy sprzęt, świetnie opłaconych lekarzy, krótkie kolejki, nowoczesne terapie i niskie składki. Nie da się. Matematyka bywa brutalna, nawet jeśli polityka woli udawać, że jej nie ma.

Dla porównania: w Polsce składka zdrowotna wynosi 9% podstawy. W Niemczech podstawowa składka to 14,6%, do tego dochodzi dodatkowa składka kas chorych. W Czechach obowiązkowe finansowanie zdrowia to łącznie 13,5%, a na Słowacji obciążenia są jeszcze wyższe niż u nas - 16%.

Ale nie daj Boże, żeby którykolwiek rząd powiedział uczciwie: jeżeli chcemy lepszej ochrony zdrowia, ktoś musi za nią zapłacić.

Wtedy opozycja natychmiast krzyczy o zamachu na portfele obywateli.

I dlatego rządzący zawsze przegrają narrację o ochronie zdrowia. Niezależnie od tego, czy rządzi prawica, lewica, centrum, liberałowie czy konserwatyści.

Bo każda decyzja boli.
Brak decyzji też boli.
A opozycja ma luksus mówienia, że zrobiłaby wszystko lepiej, taniej, bliżej i szybciej.

Tylko jeszcze jedno pytanie zostaje bez odpowiedzi:

czy opozycja, punktując koalicję, naprawdę zasypuje opinię publiczną własnymi, konkretnymi pomysłami na naprawę systemu ochrony zdrowia?

Czy tylko korzysta z tego, że strach zawsze krzyczy głośniej niż rozsądek?

środa, 24 czerwca 2026

Hipokryzja w cieniu autorytetów. Jak wyparliśmy lekcję o otwartej Polsce?


 

Hipokryzja w cieniu autorytetów. Jak wyparliśmy lekcję o otwartej Polsce?

Narastanie w nas antyukraizmu i ksenofobii na pierwszy rzut oka powinno szokować, ale patrząc głębiej – właściwie nie powinno już dziwić. Jan Paweł II wielokrotnie podkreślał przecież, że esencją polskiej tradycji jest synteza chrześcijaństwa z otwartością na drugiego człowieka oraz pokojowym współistnieniem różnych kultur. Papież Polak widział nasz kraj jako przestrzeń z natury tolerancyjną.

„Polskość to w gruncie rzeczy wielość i pluralizm, a nie ciasnota i zamknięcie” – pisał w swojej programowej książce Pamięć i tożsamość.

Dzisiejsza rzeczywistość brutalnie jednak weryfikuje te piękne ideały, udowadniając, że narodowa miłość własna bywa całkowicie ślepa. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że co dziesiąty chrześcijanin w Polsce popiera dziś Grzegorza Brauna? Polityka, który w swoim politycznym menu ma postulaty wyposażenia kraju w broń atomową, przywrócenia kary śmierci oraz formalnej intronizacji Chrystusa na Króla Polski.

Jego narracja o „niemiecko-rosyjskim kondominium pod żydowskim zarządem powierniczym” oraz nieustanne tropienie mitycznych loż i mafii odbijają się szerokim echem w całym kraju. Co najbardziej paradoksalne – ten radykalny przekaz trafia na podatny grunt u ludzi wychowanych na naukach tego samego Papieża, który ucałował Koran i modlił się przy Ścianie Płaczu.

Do teorii spiskowych dochodzi przecież codzienna, sejmowa i uliczna praktyka. Spektakularne gaszenie gaśnicą świec chanukowych w parlamencie, ostentacyjne zrywanie unijnych flag, publiczne awantury z lekarzami, nawoływanie do wieszania ministrów czy wreszcie niebezpieczne flirtowanie z negowaniem faktów historycznych dotyczących Holocaustu. To nie są incydenty niszowe – to stały teatr polityczny, który zamiast marginalizować lidera, buduje jego pozycję.

Jakim cudem w kraju mieniącym się „przedmurzem chrześcijaństwa” poparcie dla takiej agresji rośnie? Odpowiedź, choć bolesna, jest prosta: jako społeczeństwo opanowaliśmy do perfekcji sztukę psychologicznego wyparcia. Potrafimy zignorować każdą niewygodną prawdę, a nawet fundamentalne nauki Jezusa Chrystusa o miłości bliźniego i rzucaniu kamieniem, byle tylko utrzymać dobre samopoczucie. Byle tylko wybielić samych siebie i znaleźć zewnętrznego winnego dla naszych własnych lęków i frustracji.

Festiwal „The Great American State Fair”.


Kontrowersje wokół The Great American State Fair. Donald Trump zapowiada własne wystąpienie na National Mall

W związku z obchodzoną w tym roku 250. rocznicą powstania Stanów Zjednoczonych, na waszyngtońskim National Mall przez kilkanaście dni – od 25 czerwca do 10 lipca – będzie trwał festiwal „The Great American State Fair”.

W tym tygodniu organizacja Freedom 250, której powstanie w ubiegłym roku ogłosił Donald Trump, poinformowała, że niektórzy wykonawcy odwołali swój udział w wydarzeniu. Część z artystów zrezygnowała, tłumacząc to obawami o polityczne powiązania festiwalu.

Donald Trump w charakterystycznym dla siebie stylu skrytykował wykonawców i zasugerował, że sam może wystąpić z przemówieniem podczas obchodów. W opublikowanym oświadczeniu napisał:

"Rozumiem, że artyści dostają «tremy» w związku ze swoim występem, dlatego zastanawiam się nad sprowadzeniem Największej Atrakcji na świecie – człowieka, który przyciąga znacznie większą publiczność niż Elvis w szczytowym okresie swojej kariery, i robi to bez gitary; człowieka, który kocha nasz kraj bardziej niż ktokolwiek inny; oraz człowieka, którego niektórzy uważają za najlepszego prezydenta w historii – DONALDA J. TRUMPA, aby zastąpił tych wysoko opłacanych, trzeciorzędnych «artystów» i wygłosił wielkie przemówienie, mobilizując kraj do dalszego działania, tak jak robiłem to przez cały okres mojej prezydentury!

Polecam moim przedstawicielom sprawdzenie możliwości zorganizowania w Waszyngtonie, o tej samej godzinie i w tym samym miejscu, wiecu pod hasłem «AMERICA IS BACK» (Ameryka wróciła). Zaproszeni będą wyłącznie wielcy patrioci – będzie to dzikie i piękne święto Ameryki!"

Wysokość grzywien mocno w górę.


 Wysokość grzywien mocno w górę. Rząd chce, aby minimalna kara wzrosła ze 100 do 1000 zł.

Stawki grzywien za przestępstwa w Polsce zostały ustalone w 1997 roku, czyli niemal 30 lat temu. Wówczas minimalne wynagrodzenie wynosiło 406 zł brutto. Obecnie to 4806 zł brutto, a więc ponad dziesięć razy więcej. To jeden z argumentów, na które powołują się rządzący, uzasadniając konieczność zmian.

Kary finansowe za przestępstwa, czyli tak zwane grzywny, określa sąd. Wylicza je na podstawie stawek dziennych, których wysokość zależy od zarobków i sytuacji materialnej osoby ukaranej. Najczęściej sądy wymierzają grzywnę w wysokości od 10 do 540 stawek dziennych.

Obecnie minimalna wartość jednej stawki dziennej wynosi 10 zł, a maksymalna 2000 zł. Oznacza to, że najniższa grzywna może wynieść 100 zł, a najwyższa 1,08 mln zł.

To jednak wkrótce może się znacząco zmienić. Projekt nowelizacji ustawy, który znalazł się w wykazie Rządowego Centrum Legislacji, przewiduje podwyżkę minimalnych i maksymalnych stawek dziennych o 900%. Po wejściu w życie nowych przepisów minimalna stawka dzienna wynosiłaby 100 zł, a maksymalna 20 tys. zł. W praktyce oznaczałoby to, że najniższa grzywna wzrosłaby do 1000 zł, a najwyższa nawet do 10,8 mln zł.