Złota reguła etyczna
Przenika wszystkie wielkie tradycje filozoficzne i religijne świata. Odnajdujemy ją w różnych kulturach, epokach i językach. Choć zmieniają się słowa, sens pozostaje niezmienny.
Konfucjusz: „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”.
Tales z Miletu: „Nie czyńmy tego, co ganimy u innych”.
Budda: „Nie krzywdź innych tym, co ciebie boli”.
Mahomet: „Nikt z was nie wierzy prawdziwie, dopóki nie życzy bratu tego, co życzy sobie”.
A Jezus Chrystus w Kazaniu na Górze streścił to w jednym zdaniu:
„Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie”.
Jezus dodał coś jeszcze trudniejszego, uznając to za najważniejsze przykazanie:
„Kochaj bliźniego swego jak siebie samego”.
Jakie to piękne.
Jakie proste.
Jakie prawdziwe.
Jakie oczywiste.
Bo choć reguła jest jasna, nasze życie to nieustanne poszukiwanie „wyjątków”.
Podziwiamy ją – i omijamy.
Rozumiemy – i znajdujemy tysiące powodów, by jej nie stosować.
Nawet z ambon padają słowa, które zamiast poszerzać, zawężają pojęcie „bliźniego”, dając religijne alibi dla wykluczenia.
Wymaga tylko jednego: odwagi. Odwagi, by w twarzy drugiego człowieka zobaczyć własne odbicie.
Gdy potraktujemy ją serio, staje się rewolucją moralną. Przeobraża język debaty, politykę, ekonomię. Przeobraża nasze domy. Kruszy serca z kamienia.
Może właśnie dlatego tak bardzo chcemy ją skomplikować – bo jej prostota bezlitośnie obnaża naszą hipokryzję.
A przecież sprawa jest jasna. Wystarczy jedno pytanie zadane sobie w ciszy przed każdym czynem:
Czy chciałbym, aby mnie tak potraktowano?
Jeśli odpowiedź brzmi „nie” – nie potrzebujesz już żadnych innych drogowskazów.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz