Ochrona zdrowia to problem politycznie prawie nierozwiązywalny. Ale jednocześnie jest to potężny oręż w ręku każdej opozycji.
Opozycja zawsze może grzmieć o „likwidacji szpitali”, „zamykaniu oddziałów”, „odbieraniu ludziom bezpieczeństwa”, „kolejkach” . I to działa. Na wszystkich. Bo zdrowie nie jest abstrakcją z tabeli Excela. Zdrowie to matka, dziecko, dziadek, własny strach i najbliższy szpital za rogiem.
Nie ma wtedy większego znaczenia, że część przekształceń ma racjonalną podstawę. Że współczesna medycyna nie zawsze wymaga całodobowej hospitalizacji. Że niektóre oddziały istnieją bardziej siłą przyzwyczajenia niż realnych potrzeb. Że pieniądze wydane na ich utrzymywanie mogłyby ratować ludzi gdzie indziej.
Weźmy porodówki.
Za granicę opłacalności i bezpieczeństwa przyjmuje się około 400 porodów rocznie. Oddziały poniżej tego progu regularnie wracają w dyskusjach o zamykaniu albo przekształcaniu.
A u nas?
Są miejsca, gdzie oddział zatrudnia kilkadziesiąt osób personelu, a średnio odbywa się tam jeden poród na kilka dni. Gdy spojrzymy na to z dystansu, wiemy, że system marnuje miliony, których brakuje gdzie indziej: na diagnostykę, onkologię, kardiologię, psychiatrię dziecięcą, rehabilitację, skrócenie kolejek.
Ale gdy ktoś zapyta: „Czy zamykamy porodówkę koło pana domu?”, natychmiast zmienia się optyka. Zaczyna się opowieść o dziecku wiezionym 30 kilometrów dalej. O kobiecie rodzącej w karetce. O tragedii, która może się teoretycznie wydarzyć raz na dziesiątki tysięcy przypadków, ale politycznie waży więcej niż tysiąc stron analiz.
I właśnie to wykorzysta każda opozycja. Bez względu na to, kto rządzi.
Rządzący mogą mieć rację ekonomiczną, organizacyjną, medyczną, a i tak przegrają emocjonalnie. Bo obywatel nie widzi systemu. Obywatel widzi swój szpital, swoją izbę przyjęć, swoją porodówkę, swoją kolejkę do specjalisty.
Ja sam urodziłem się w szpitalu w Krakowie. Jeden mój przyjaciel urodził się w domu, drugi w karetce. Takie historie działają mocniej niż wykresy, limity, mapy potrzeb zdrowotnych i wskaźniki wykorzystania łóżek.
Dziś w Polsce rodzi się około 240 tysięcy dzieci rocznie. Zdecydowana większość w szpitalach. Porody domowe i porody w transporcie to margines statystyczny. Ale w polityce margines statystyczny potrafi stać się centrum emocji.
I tu jest cały dramat reformy ochrony zdrowia.
Gdy rząd nic nie robi — jest oskarżany o zapaść systemu.
Gdy próbuje racjonalizować sieć szpitali — jest oskarżany o likwidację bezpieczeństwa.
Gdy zwiększa finansowanie — słyszy, że pieniądze są marnowane.
Gdy chce podnieść składkę zdrowotną — wybucha bunt, bo nikt nie lubi płacić więcej.
A przecież udajemy, że da się mieć wszystko naraz: bliski szpital, najlepszy sprzęt, świetnie opłaconych lekarzy, krótkie kolejki, nowoczesne terapie i niskie składki. Nie da się. Matematyka bywa brutalna, nawet jeśli polityka woli udawać, że jej nie ma.
Dla porównania: w Polsce składka zdrowotna wynosi 9% podstawy. W Niemczech podstawowa składka to 14,6%, do tego dochodzi dodatkowa składka kas chorych. W Czechach obowiązkowe finansowanie zdrowia to łącznie 13,5%, a na Słowacji obciążenia są jeszcze wyższe niż u nas - 16%.
Ale nie daj Boże, żeby którykolwiek rząd powiedział uczciwie: jeżeli chcemy lepszej ochrony zdrowia, ktoś musi za nią zapłacić.
Wtedy opozycja natychmiast krzyczy o zamachu na portfele obywateli.
I dlatego rządzący zawsze przegrają narrację o ochronie zdrowia. Niezależnie od tego, czy rządzi prawica, lewica, centrum, liberałowie czy konserwatyści.
Bo każda decyzja boli.
Brak decyzji też boli.
A opozycja ma luksus mówienia, że zrobiłaby wszystko lepiej, taniej, bliżej i szybciej.
Tylko jeszcze jedno pytanie zostaje bez odpowiedzi:
czy opozycja, punktując koalicję, naprawdę zasypuje opinię publiczną własnymi, konkretnymi pomysłami na naprawę systemu ochrony zdrowia?
Czy tylko korzysta z tego, że strach zawsze krzyczy głośniej niż rozsądek?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz