Za wzrostem popularności Grzegorza Brauna nie stoi wyłącznie fala eurosceptycyzmu. Braun zrobił coś więcej: wyjął antysemityzm z politycznego podziemia i wprowadził go na scenę główną. Nobilitował żydożerstwo — z nienawiścią, bez wstydu i bez kamuflażu. I okazało się, że część publiczności na to czekała. A holokaustu „nie było”.
Antysemickie resentymenty od lat tliły się w części elektoratu PiS i Konfederacji, lecz brakowało polityka, który wypowie je głośno. Braun wypełnił tę lukę. Stał się trybunem ludzi, którzy chcieli wykrzyczeć patologiczną nienawiść do Żydów, lecz dotąd ograniczali się do szeptów.
Do tego dochodzi jawna sympatia wobec Kremla i wrogość wobec Ukrainy. Dla części społeczeństwa Rosja nadal jawi się jako symbol „porządku”, a czasy PRL — jako okres stabilności. W tej logice sankcje nałożone na Rosję nie są karą dla agresora, lecz rzekomą przyczyną własnych problemów ekonomicznych.
Antyukraińskość w tej narracji rzadko wynika z refleksji historycznej o Wołyniu. Częściej z prostego, plemiennego myślenia: „Pomagają im – więc okradają nas”. Braun nadał temu głos i mikrofon.
To nie Braun stworzył te postawy. On je skupił, wzmocnił i ubrał w polityczną formę. I właśnie dlatego jest groźny — bo mówi na głos to, co wcześniej krążyło półszeptem.
„Szczęść Boże” w ustach Brauna brzmi jak bluźnierstwo.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz