czwartek, 1 stycznia 2026

Czy prorosyjska postawa Donalda Trumpa na Ukrainę powinna dziwić?


Czy prorosyjska postawa Donalda Trumpa wobec pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę powinna dziwić?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, warto przypomnieć jego pierwszą kadencję (2017–2021). Już wtedy relacje Trumpa z Putinem powszechnie określano mianem specyficznej „przyjaźni”. Trump wielokrotnie i publicznie:

• chwalił Putina jako „silnego i wspaniałego przywódcę”,

• podkreślał, że „wspaniale się dogadują”,

• kwestionował ustalenia amerykańskich służb wywiadowczych dotyczące rosyjskiej ingerencji w wybory w 2016 roku, ingerencji na jego korzyść,

• konsekwentnie unikał bezpośredniej krytyki Kremla.

Kulminacyjnym momentem była konferencja w Helsinkach (2018), podczas której Trump, stojąc u boku Putina, zasugerował, że ufa zapewnieniom prezydenta Rosji bardziej niż raportom własnego wywiadu. Wywołało to falę krytyki nawet wewnątrz Partii Republikańskiej.

Istnieje jednak kluczowa różnica między tamtym okresem a dniem dzisiejszym. Wówczas Republikanie nie byli jeszcze partią w pełni izolacjonistyczną. Gabinet Trumpa tworzyli ludzie reprezentujący tradycyjną linię USA jako „strażnika demokracji”:

1. John Bolton (doradca ds. bezpieczeństwa narodowego) – zwolennik twardej polityki wobec Rosji

2. John Kelly (szef sztabu Białego Domu) – generał dbający o procedury i stabilność państwa.

To oni – wraz z innymi urzędnikami – stanowili bezpiecznik, który powstrzymywał nieprzewidywalne impulsy Trumpa i dbał o to, by globalny układ sił nie został wywrócony do góry nogami, by agresywne działania Rosji spotykały się z sankcjami. 

W obecnej kadencji sytuacja wygląda inaczej: ruch MAGA zdominował Partię Republikańską, a Trump otoczył się lojalistami popieprzonymi jak on sam. , co usuwa dotychczasowe bariery w polityce zagranicznej USA.  Wizja, że Donald Trump, Władimir Putin i  Xi Jinping podzielą i podporządkują świat nie jest już absurdalna. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz