środa, 4 marca 2026

Ponad jedna trzecia obywateli państw UE rozważa opuszczenie Niemiec



Ponad jedna trzecia obywateli państw UE rozważa opuszczenie Niemiec

Pod koniec 2023 roku w Niemczech mieszkało ok. 5,1 mln osób posiadających obywatelstwo innego kraju UE. Oznacza to, że od końca 2010 roku ich liczba niemal się podwoiła. Najwięcej było obywateli Rumunii (910 tys.) oraz Polski (888 tys.). Na kolejnych miejscach znaleźli się obywatele Włoch, Bułgarii i Chorwacji.

Dlaczego aż 35% obywateli państw Unii Europejskiej rozważa opuszczenie Niemiec? Najczęściej wskazywane powody to:

  • koszty mieszkania – 42%

  • koszty utrzymania – 36%

  • dyskryminacja – 39%

Pod koniec ubiegłego roku w Niemczech mieszkało ok. 83,5 mln osób, co oznacza spadek o około 100 tys. osób. Tego trendu nie jest w stanie odwrócić nawet napływ imigrantów.

Był to pierwszy spadek liczby ludności od 2020 roku. W latach 2011–2024 liczba mieszkańców rosła głównie dzięki imigracji.

Obecnie trend się odwrócił. Statystycy wskazują, że przyczyną spadku jest malejąca imigracja netto.

W 2025 roku do Niemiec przyjechało o 220–260 tys. osób więcej, niż z nich wyemigrowało. Oznacza to, że saldo migracji było znacznie niższe (o ok. 40%) niż rok wcześniej, kiedy liczba osób przybyłych do Niemiec przewyższyła liczbę emigrantów o 430 tys.

 

wtorek, 3 marca 2026

Trump mówi, że ma wystarczającą ilość amunicji, by prowadzić wojnę „do końca świata”.


Trump mówi, że ma wystarczającą ilość amunicji, by prowadzić wojnę „do końca świata”. Jednocześnie twierdzi, że całe uzbrojenie zostało wcześniej rozdysponowane przez Joe Biden – którego nazywa „Śpiącym Joe” – i przekazane „komediantowi z Ukrainy”. Teraz jednak zapewnia, że zapasy zostały przez niego odbudowane.

To, że Trump to wariat to jest powszechnie wiadome. Faktem pozostaje jednak, że jako prezydent Stanów Zjednoczonych ma ogromny wpływ na sytuację międzynarodową.

Długotrwała wojna z Iranem stanowiłaby poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski.

Sytuacja, w której znaczne zasoby militarne i finansowe byłyby kierowane na konflikt z Iranem, mogłaby utrudnić dalsze wsparcie dla Ukrainy. Ograniczenie dostaw uzbrojenia i sprzętu wojskowego dla Ukrainy osłabiłoby jej zdolności obronne.

Destabilizacja frontu ukraińskiego lub postępy wojsk rosyjskich mogłyby bezpośrednio wpłynąć na bezpieczeństwo Polski oraz całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej.

Nie jest dobrze…

Lewica proponuje rewolucję zdrowotną


 Lewica proponuje rewolucję zdrowotną:

• 12-proc. daninę naliczaną od podstawy PIT i CIT zamiast obecnej składki zdrowotnej

• tzw. podatek tłuszczowy w całości kierowany do NFZ

• nowy podział wpływów z akcyzy na alkohol – 80% dla NFZ i 20% dla budżetu państwa

Z symulacji wynika, że na zmianie zyskaliby pracownicy zarabiający do ok. 11 tys. zł brutto miesięcznie, szczególnie osoby o niższych dochodach.

Większe obciążenia objęłyby natomiast najlepiej zarabiających.

Symulacje pokazują, że przy pensji:

• 12 tys. zł brutto – miesięczne wynagrodzenie netto spadłoby o 10,65 zł

• 15 tys. zł brutto – różnica wyniosłaby 88,30 zł

• 20 tys. zł brutto – 217,74 zł mniej

• 30 tys. zł brutto – 498,40 zł mniej „na rękę”

Lewica przekonuje, że jednolita stawka 12% wraz z kwotą wolną 30 tys. zł uprościłaby system i odciążyła najmniej zarabiających. Dla przedsiębiorców przewidziano mechanizm ochronny – 7-procentową ulgę, co w praktyce oznaczałoby 5-procentową efektywną stawkę.

Nie jestem zwolennikiem Lewicy, ale od lat spędzam mnóstwo czasu w szpitalach i przyjąłbym ich program. NFZ nie ma wystarczających środków, a w efekcie chorzy są gorzej leczeni.

Dla porównania: w Polsce składka zdrowotna wynosi 9%, podczas gdy w Niemczech to 14,6% stawki bazowej plus dodatkowa składka (~2,9%), czyli łącznie ok. 17–18%.

Komisja Europejska zapowiada, że na szczycie Unii Europejskiej w marcu 2026 roku przedstawi plan „Jedna Europa, jeden rynek”, oparty na zasadzie „Kupuj europejskie”.


Komisja Europejska zapowiada, że na szczycie Unii Europejskiej w marcu 2026 roku przedstawi plan „Jedna Europa, jeden rynek”, oparty na zasadzie „Kupuj europejskie”. Hasło brzmi dumnie. Politycznie sprzedaje się jeszcze lepiej. W praktyce jednak może okazać się projektem znacznie bardziej problematycznym niż sugerują jego autorzy.

Idea jest prosta: pieniądze europejskich podatników mają wspierać wyłącznie europejski przemysł. Brzmi atrakcyjnie — zwłaszcza w czasach geopolitycznych napięć. Problem w tym, że rzeczywistość gospodarcza jest bardziej skomplikowana niż polityczne slogany.

Ale to się nie uda.

Po pierwsze, Unia Europejska to nie USA, to nie jedno państwo z jednolitą strategią gospodarczą, lecz 27 krajów o różnych interesach, strukturach przemysłu i kierunkach handlu. Niemcy są silnie powiązane z rynkami globalnymi, kraje Europy Środkowej funkcjonują w oparciu o międzynarodowe łańcuchy dostaw, a państwa południa mają zupełnie inne priorytety. Mówienie o jednolitej, twardej zasadzie „kupuj europejskie” ignoruje tę fundamentalną różnorodność.

Po drugie, UE jest stroną umów o wolnym handlu i członkiem Światowa Organizacja Handlu. Wprowadzanie szerokich preferencji zakupowych kosztem podmiotów spoza UE może oznaczać naruszenie zobowiązań międzynarodowych i otwarcie drogi do retorsji handlowych. W globalnej gospodarce protekcjonizm rzadko bywa jednostronny — zwykle uruchamia spiralę odwetu.

Tylko pierdolnięty Trump mógł się obudzić 22.01.2025 i wystąpić z WHO. Organizacji , którą USA założyło w 1948 i wszystko do nastania Trumpa działało. 

USA już się przekonują, że decyzje podejmowane pod wpływem politycznego impulsu mogą przynieść długofalowe konsekwencje, których koszt ponoszą później gospodarka i obywatele.

Po trzecie, od początku integracji europejskiej fundamentem wspólnego rynku był wolny przepływ towarów i otwartość handlowa. To dzięki nim europejskie firmy mogły budować skalę, konkurencyjność i globalną obecność. Radykalne odejście od tej filozofii oznaczałoby nie tylko zmianę narzędzi, lecz zmianę całego modelu rozwoju.

Po czwarte, przez dekady otwartej polityki gospodarczej Europa zrezygnowała z części produkcji półproduktów i komponentów, przenosząc je do krajów o niższych kosztach. Dziś w wielu sektorach UE nie posiada kompletnych łańcuchów dostaw ani wystarczających mocy produkcyjnych, by z dnia na dzień stać się samowystarczalną.

Wprowadzenie ogólnej zasady „kupuj europejskie” bez okresu przejściowego i bez odbudowy zaplecza przemysłowego oznaczałoby jedno: wyższe koszty dla firm, mniejszą konkurencyjność eksportową i — ostatecznie — wyższe ceny dla konsumentów. Hasła o suwerenności gospodarczej nie zastąpią fabryk, technologii i kadr.

Wzmacnianie europejskiego przemysłu jest potrzebne. Ale jeśli plan ma polegać na administracyjnym zamykaniu rynku zamiast na inwestycjach w innowacje, energetykę i konkurencyjność kosztową, to może się okazać, że „Jedna Europa, jeden rynek” stanie się projektem bardziej politycznym niż gospodarczym — i bardziej kosztownym, niż dziś się zakłada.